Debata o obchodach rocznicy wybuchu wojny toczy się "po naszemu". Zamiast rzetelnej oceny faktów część polityków i komentatorów na bezczelnego serwuje nam interpretacje partyjne. Zamiast rozmowy o polityce mamy ściganie się na narodową dumę.
Przoduje w tym Jarosław Kaczyński i PiS (przeczytaj tekst
"Kaczyński na księżycu"), którzy dla pomniejszenia osiągnięć ekipy rządzącej gotowi są poświęcić ważne wystąpienie Lecha Kaczyńskiego. Na Westerplatte prezydent powiedział to, co powinien powiedzieć polski przywódca. O pakcie Ribbentrop-Mołotow, Katyniu i potrzebie prawdy jako fundamentu budowania relacji między państwami. I o tym, że jedną z zasadniczych lekcji, jaką Europa wyciągnęła z wojennej pożogi, jest sprzeciw wobec odradzania się imperializmu.
Pokonane i upokorzone Niemcy Lech Kaczyński wygłosił jedno z najważniejszych wystąpień w swojej karierze, ponieważ umożliwił mu to premier. Donald Tusk słusznie zbiera gratulacje i pochwały za zorganizowanie gdańskich uroczystości, które może zapisać jako wielki sukces. Nie byłoby go, gdyby nie jego konsekwentna polityka przełamywania lodów w relacjach z Niemcami i Rosją oraz opowiedzenie się za Europą. Europejscy przywódcy zebrali się w Gdańsku, bo poprosił ich o to polski premier - coraz ważniejsza postać w ich gronie.
Gdańskie uroczystości są symbolicznym zakończeniem batalii o uwzględnianie polskiej pamięci w tożsamości historycznej Europy. W UE nikt nie ma wątpliwości, że II wojna światowa rozpoczęła się od napaści na nasz kraj i że uczestniczyło w niej dwóch agresorów. Zaś Polska w 1939 roku była osamotniona, bo Francja i
Wielka Brytania złamały zobowiązania sojusznicze.
Pięć lat po naszym przystąpieniu do UE to duże osiągnięcie, zwłaszcza gdy wspomnieć moment startu - utożsamienie dziejów Europy z historią jej części zachodniej oraz obawy związane z upominaniem się Niemiec o zrozumienie dla ich wrażliwości.
Wystąpienie kanclerz Angeli Merkel poprzedzone wspólnym stanowiskiem obydwu episkopatów nie pozostawiło wątpliwości, że Niemcy nie zamierzają rewidować swojej odpowiedzialności za wojnę i jej tragiczne konsekwencje. Są też pomni wkładu Polaków, Węgrów, Czechów, Słowaków i Michaiła Gorbaczowa w odnowienie ich jedności. Podobnie jak w ich pamięci pozostanie wspomnienie "prawdy i gotowości wybaczenia, które tak pięknie uosabiał
papież Jan Paweł II".
Po słowach Merkel w Polsce trudniej będzie rozpalać antyniemieckie fobie, jak pod rządami PiS. Ze strony Niemiec nie powinniśmy się też obawiać powrotu do "ducha Rapallo". Merkel słowem nie wspomniała paktu Ribbentrop-Mołotow ani innych okoliczności "łagodzących" winę Niemiec. Choć była usilnie kuszona.
Niemcy znów stają się strategicznym sojusznikiem Polski. Wspólne najważniejsze wyzwanie to praca nad przyszłością Unii oraz rozwój relacji Warszawa - Berlin - Moskwa.
Klęska państwowości jagiellońskiej Władimir Putin w artykule w "Gazecie" z emfazą przekonywał, że traktat wersalski pozostawił mnóstwo "ładunków z opóźnionym zapłonem", z których najważniejszy "to nie tylko fakt klęski Niemiec, lecz również ich upokorzenie". "List do Polaków" nie tylko nas miał za adresata, lecz również Niemcy. Tym bardziej że rosyjski premier jako wzór dla przyszłego partnerstwa polsko-rosyjskiego przedstawił stosunki Rosji z Niemcami, które "pozwoliły uczynić zdecydowany krok w kierunku budowy Wielkiej Europy".
Rosyjską koncepcję owej Wielkiej Europy rok temu wyłożył prezydent Dmitrij Miedwiediew. Świat powinien być multilateralny, rola
USA w polityce światowej powinna się zmniejszyć, wzmocnić ma się natomiast podmiotowość Europy i Rosji. Świat powinien zaakceptować strefę "uprzywilejowanych interesów" Moskwy w pobliżu jej granic. Przyjmując zaproszenie do Gdańska, Putin pokazał, że do swojej
gry gotów jest włączyć Warszawę. Na określonych, rzecz jasna, warunkach.
Przeszłość nie jest tematem tabu, bo dyskutować można o wszystkim. Każda ze stron rozumie wrażliwość partnera, ale nikt nie powinien wyjmować "rodzynek z zapleśniałej bułeczki", a całą pleśń pozostawiać drugiemu. Pleśń obejmuje wszystkich, bo każdy kiedyś paktował z Hitlerem. Zasady handlu gazem są niezmienne - w zamian za elastyczność dostaw wymagany jest dostęp Rosji do tranzytu surowca.
Ale rosyjski premier w sprawach historycznych przegrał, pozostał osamotniony. Pokazał, że spod cienkiej warstwy zrozumienia dla wrażliwości Polaków i okrężnego potępienia paktu Ribbentrop-Mołotow wciąż wyziera polityczny realizm a la Józef Stalin.
Przyjęcie Putina jako gościa specjalnego ma jednak cenę. Radosław Sikorski w artykule "
Lekcje historii, modernizacja i integracja" ("Gazeta", 29-30 sierpnia) sformułował polską odpowiedź na "wyjmowanie rodzynek". Zejdźmy - wezwał - z martyrologicznego cokołu i zdejmijmy koronę cierniową. Według niego przegrana wojna polsko-niemiecka 1939 roku oznaczała klęskę cywilizacyjną "państwowości jagiellońskiej". II Rzeczpospolita była przednowoczesnym państwem wielonarodowym, a poszczególne segmenty etniczne nie zespoliły się w jeden naród polityczny. Tym bardziej że "z jednej strony mniejszość niemiecka, a z drugiej białoruska i ukraińska ludność Kresów znajdowały się na różnych etapach procesu modernizacji". Dlatego uznał, że właściwej odpowiedzi na dylematy geostrategiczne i tożsamościowe Polski "nie oferują jagiellońskie ambicje mocarstwowe", lecz jest nią "nowoczesne państwo narodowe". Zastrzegł przy tym, że przymiotnika "narodowy" używa nie w znaczeniu etnicznym, lecz obywatelskim.
Zdumiał mnie wywód ministra. Cóż bowiem znaczy w odniesieniu do II Rzeczypospolitej konkluzja o "klęsce cywilizacyjnej państwowości jagiellońskiej"?
Realpolitik według Sikorskiego Kształt terytorialny i skład narodowościowy międzywojennej Polski odpowiadały koncepcjom obozu narodowego, a nie federacyjnym wizjom piłsudczyków. Ludności niepolskiej miało być tyle, by nie było większych problemów z jej asymilacją. Szczególnie na ziemiach wschodnich. Sikorski przywołał wprost owo myślenie, pisząc o Niemcach jako mniejszości, zaś o Białorusinach i Ukraińcach jako "ludności Kresów". Czyli materiale etnograficznym, który nadaje się co najwyżej dla plastycznego kształtowania tożsamości.
Również w polityce zagranicznej prometeizm, czyli wspieranie ruchów niepodległościowych w ZSRR, skończył się na początku lat 30. Za symbol może posłużyć udział polskiej eskadry lotniczej w paradzie z okazji rocznicy rewolucji październikowej w 1933 roku, gdy na Ukrainie szalał Wielki Głód oraz trwała krwawa rozprawa z narodowym komunizmem ukraińskim i białoruskim pod hasłem zwalczania "agentury Piłsudskiego".
Wizja Sikorskiego jest fałszywa politycznie i groźna dla właściwego kształtowania polityki zagranicznej. W Polsce nikt przytomny nie roi o "jagiellońskich ambicjach mocarstwowych". Mniejszości narodowe i etniczne stanowią zaledwie 1,5 proc. obywateli III RP. Nie ma też chętnych do zajęcia Kijowa lub Mińska czy też do nowej awantury moskiewskiej na wzór tej z początku XVII wieku. Z niepodległą Litwą wespół budujemy UE, Ukraina w trudzie tworzy swoją państwowość, zaś głównym problemem Białorusi jest uporanie się z "ostatnią dyktaturą w Europie".
Sikorski - wywlekając straszaka mocarstwa Jagiellonów, których duch ma błądzić po Polsce - usiłuje przeciwstawić obóz rządowy polityce Lecha Kaczyńskiego i wpisać się w poszukiwanie przez Rosję i Niemcy nowej europejskiej Realpolitik. Antyrosyjskim i antyniemieckim fobiom prezydenta oraz jego nieprzytomnemu poparciu dla Gruzji i Ukrainy przeciwstawia się skromny pragmatyzm.
Kaczyńskiego można krytykować za wiele działań. To jednak nie powód, by wywracać doktrynę polskiej polityki zagranicznej i na tej podstawie formułować jakoby poważną ofertę dla Niemiec i Rosji. W polskiej polityce od dziesięcioleci nie ma alternatywy "mocarstwowość jagiellońska" versus skromne w swoich ambicjach państwo narodowe.
Paryska "Kultura", opozycja demokratyczna, pierwsza "Solidarność" i niemal wszystkie rządy III RP udowodniły, że w cień odeszły ciągoty imperialne. Fundamentem polskiej polityki zagranicznej uczyniono nie tylko modernizację i integrację europejską, lecz również - a może przede wszystkim - demokrację, poszanowanie praw człowieka oraz przeciwstawienie się imperializmowi. Bez nich marzenia o modernizacji i integracji nie mogły się spełnić. Na tym polega polska Realpolitik.
W polityce wschodniej Kaczyński raz topornie, raz bardziej finezyjnie kontynuuje linię Giedroycia i III RP. Sikorski usiłuje od niej odejść. W swoim tekście nawet nie napomknął o dziedzictwie "Solidarności". Nie wspomniał też o państwach nadbałtyckich, Finlandii i Rumunii, które padły ofiarą paktu Ribbentrop-Mołotow. Nie było nic o innych, oprócz Niemiec i Rosji, sąsiadach Polski. Jakbyśmy żyli w 1939 roku, gdy pomiędzy Berlinem a Moskwą leżała jedynie Warszawa.
Premier Tusk wydaje się nie podzielać tej wizji. W debacie z Niemcami i Rosją nie zapomina o innych. Na Westerplatte mówił o znaczeniu wartości w polityce i zadeklarował, że nowy ład bezpieczeństwa będzie obejmować "nie tylko zjednoczoną Europę, ale cały kontynent z Rosją, Ukrainą i Białorusią".