Uważać, że świat rozwija się po spirali, to przejaw wielkiego optymizmu. Raczej rusza się po kole, wokół którego Bóg zmienia dekoracje. Takie myśli przychodzą do głowy, gdy patrzy się na geopolityczne nastroje w Europie w 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej.
Okropieństwa wojny zostały zapomniane, a pokolenie, które je pamięta, praktycznie odeszło. Zdecydowane powojenne hasło "Nigdy więcej!" brzmi dzisiaj jakby głucho i mechanicznie. Oko mimo woli zauważa oznaki tych samych iluzji, które zaślepiły Europę pod koniec lat 30. XX w.
Politycy znowu zajęli się podziałem świata - rzecz jasna, w imię "sprawiedliwego porządku globalnego". Altruizm roku cudów - jak często nazywa się rok 1989 - coraz częściej bywa zamieniany na egoizm narodowych systemów bezpieczeństwa. Zraniony honor Rosji coraz bardziej przypomina zraniony honor republiki weimarskiej poniżonej traktatem wersalskim. W Moskwie zwycięża dawna nazistowska doktryna "obrony swoich obywateli nawet na cudzych terytoriach". Stara Europa, podobnie jak dawniej, nie chce poświęcać swego dobrobytu na rzecz obrony światowych wartości i gotowa jest zawierać nowe umowy monachijskie, tym razem z Rosją. Prawie w każdym kraju Europy aktywizują się polityczne siły zmęczone wielokulturowością, pluralizmem i innymi zdobyczami liberalizmu. Niektórych ludzi znowu oszałamia kult siły i twardej ręki. Brakuje tylko rozkosznego ogona komety Halleya, żeby ludzkość w pełni uświadomiła sobie, że znów stoi na progu kolejnych tragicznych prób.
Wniosek jest dość jednoznaczny: duchowe doświadczenie powojennej Europy najwyraźniej wyczerpało się, a porządek światowy opierający się na tym doświadczeniu staje się coraz bardziej chwiejny. Czy Europa zdąży to zrozumieć, dojdzie do przyczyny tej sytuacji, czy też runie w kolejną przepaść i szaleństwo?
Wśród wszelkich możliwych wyjaśnień tej sytuacji jedno wydaje mi się zasadnicze. Postjałtański system bezpieczeństwa europejskiego przemilczał to, że w diabelskim tangu września 1939 r. brali udział dwaj partnerzy - hitlerowskie
Niemcy i stalinowski ZSRR. W pamięci ludzkości zostały jedynie zbrodnie Auschwitz, Treblinki, Guerniki i Buchenwaldu. Zaś zbrodnie Gułagu, Wielkiego Głodu, Sołowek i Katynia zasłonięto purpurową togą zwycięzcy.
Apokaliptyczne zło nabyło wyglądu ratującego dobra. I teraz nieodpokutowane grzechy wracają jako powód do rozpętania nowego światowego konfliktu.
Tego problemu nie rozwiąże nowa konfiguracja bloków wojskowo-politycznych ani tymczasowe kompromisy. Nie da się udobruchać zranionej Rosji, tak samo jak nie udało się udobruchać zranionych Niemiec. Dlatego upominanie Ukraińców (jak często robią to Niemcy), że swoimi przypomnieniami o Wielkim Głodzie tylko drażnią Rosję, to tak samo jak upominanie Polaków (niedawno zrobił to historyk z rosyjskiego ministerstwa obrony), że niepotrzebnie rozdrażnili nazistów, odrzucając ich "umiarkowane żądania terytorialne". Świat powinien unieść się ponad motywacjami czysto taktycznymi, bo tylko z wyższej pozycji można zobaczyć własne iluzje i błędy, a w końcu wyjście z obecnego kryzysu.
Świat nie rozwiąże najważniejszych problemów geopolitycznych (w tym problemu terroryzmu czy konfliktu na Bliskim Wschodzie), dopóki nie rozwiąże problemu Rosji. Żaden inżynier nie zbuduje dobrego mostu bez znajomości rozdziału z podręcznika o wytrzymałości rozmaitych materiałów. Rozwiązanie problemu Rosji nie jest proste. Próba załatwienia tego prostym sprzeciwem czy naciskiem może tylko ożywić w Rosji nastroje, które chcemy w niej pokonać.
Widzę inne wyjście. Zbrodnie komunizmu potrzebują osądu, ale nawet nie po to, żeby ukarać kogokolwiek, lecz żeby wyjaśnić ich istotę. Żaden sąd nie ukaże winnych z epoki komunizmu bardziej srogo, niż ukarali się już oni sami. Ale ludzkość musi wreszcie zrozumieć, jakie pokusy prowadzą do grzechu komunizmu, tak samo jak wcześniej uczyniono to z grzechem nazizmu.
Trzeba się dobrze zastanowić, kto będzie siedział na ławie oskarżonych, a kto za stołem sędziego. Nie widzę narodu, który miałby moralne prawo założyć togę sędziego: pokusa komunizmu była bowiem chorobą całej cywilizacji ludzkiej. Widzę także sporo narodów (włącznie z ukraińskim), które powinny wraz z Rosją zasiąść na ławie oskarżonych. Nie schowamy się wszak przed odpowiedzialnością narodową. Narodowość mieli nie tylko sprawcy zbrodni nazistowskich. Ale poprzestać na tej konstatacji oznaczałoby po raz kolejny minąć się z prawdą. Linia między dobrem a złem nie przechodzi bowiem przez ideologię czy narodowość, ale przez ludzkie serce, w którym mieści się nie tylko grzech, ale także jedyne lekarstwo na niego - pokuta i wybaczenie. Jedynym duchowym rozwiązaniem "problemu Rosji" jest więc wspólne i solidarne wyznanie swojej winy przez dawne narody komunistyczne za pokłonienie się temu potworowi. W przypadku Rosji także za to, że używała doktryny komunistycznej do realizacji własnych interesów imperialnych. Do tego należałoby dodać wspólne i solidarne wybaczenie za uczynione sobie wzajemnie krzywdy.
Czas pokaże, czy ludzie okażą się do tego zdolni, zanim nadejdzie nowy kataklizm, czy też dopiero wtedy, gdy z czół po raz kolejny poleje się krwawy pot. Być może wtedy po raz kolejny będziemy jeszcze bardziej się zarzekać: "Nigdy więcej!".
**Prof. Myrosław Marynowycz, prorektor Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie, w czasach radzieckich dysydent, spędził w łagrach i na zesłaniu osiem lat. Działacz Ukraińskiego Komitetu Helsińskiego, założyciel oraz pierwszy szef Amnesty International na Ukrainie. Tekst ukazał się w ostatnich dniach w blogu autora