Bez porozumienia
telewizja publiczna pozostanie w rękach lewicy i prawicy na czas wyborów prezydenckich, a te są dla PO i premiera Donalda Tuska są niesłychanie ważne. Może najważniejsze w historii Platformy. Bo choć dziś PO ma (z
PSL) większość rządową, to nie może reformować Polski wedle swojej filozofii. Na drodze stoi jej prezydent Lech Kaczyński, który wetuje najważniejsze ustawy. Platforma liczy na to, że gdy będzie miała swojego premiera i prezydenta, wreszcie swobodnie porządzi.
Tymczasem lada chwila najpotężniejsze medium - TVP, której główny program informacyjny "Wiadomości" ogląda co dzień ok. 4 mln widzów - znajdzie się w rękach egzotycznej koalicji lewica - PiS.
W nowej radzie nadzorczej TVP współpracownicy najważniejszych na lewicy medialnych graczy - Włodzimierza Czarzastego (b. sekretarz KRRiT) i Roberta Kwiatkowskiego (b. prezes TVP) - podzielili się po połowie miejscami z ludźmi PiS-u. Tylko ostatnie, dziewiąte miejsce obsadził właściciel spółki TVP minister skarbu Aleksander Grad.
Lewica nie wybacza wartości chrześcijańskich Gdyby weszła w życie nowa ustawa medialna, ta rada nadzorcza przestałaby istnieć. I całkowicie zmieniłby się układ sił w mediach publicznych. Powstałaby nowa KRRiT, nowe rady nadzorcze i zarządy w mediach publicznych. Znaleźliby się w nich ludzie z rekomendacji wszystkich czterech partii zasiadających w parlamencie: PO, PSL, PiS i
SLD - Ale ta ustawa nie wejdzie w życie - mówi nam polityk SLD. - Nie jesteśmy w stanie zaakceptować tego, że Platforma w ostatniej chwili wprowadziła do ustawy zapis, że zadaniem mediów publicznych jest wspieranie wartości chrześcijańskich.
Rzeczywiście, ten zapis był dla Sojuszu nawet bardziej bulwersujący niż to, że PO złamała zawarte z SLD i ludowcami porozumienie w sprawie finansowania mediów publicznych. Na wyraźne życzenie Tuska wykreśliła z ustawy zapis gwarantujący mediom publicznym minimum finansowe (938 mln zł) w projekcie budżetu państwa.
- Ale na to moglibyśmy przymknąć oko, gdyby nie te wartości. To dla nas była przysłowiowa "drzazga w dupie" - mówi nasz rozmówca. - Z tego powodu chcemy podtrzymać prezydenckie weto.
Za odrzuceniem prezydenckiego weta w klubie SLD jest zaledwie kilka osób, m.in. Ryszard Kalisz i wicemarszałek Sejmu Jerzy Szmajdziński.
PO niewiele oferuje, a chce wiele w zamian Podtrzymanie weta dla PO oznacza, że TVP przez najbliższe trzy lata będzie rządzić lewica i PiS. - Zaczęliśmy więc szukać sposobu, by na czas wyborów prezydenckich mieć na TVP choćby najmniejszy wpływ - mówi jeden z liderów PO. - Bo trudno by nam było wygrać wybory prezydenckie, gdyby TVP była w rękach opozycji z prawa i z lewa. Wyszło, że jedyne wyjście to dogadanie się z SLD, a za ich pośrednictwem z PiS, tak żeby "każdy miał po trochu".
- Czyli żeby TVP zneutralizować politycznie. Żeby podczas wyborów TVP zachowała równy dystans. To jest dla PiS atrakcyjne, bo skrajnie prawicowi kandydaci, np. Marek Jurek, nie mieliby w TVP żadnych szans. I atrakcyjne dla SLD, bo lewicowe partyjki też nie pokazywałyby się w "Wiadomościach" - tłumaczy nam poseł SLD.
- Negocjacje są szalenie trudne. SLD Platformie nie ufa, a Platforma i PiS nie ufają sobie - mówi nam osoba z lewicy, która zna kulisy rozmów. - Ale przyświeca im ten sam cel: zachować jakieś wpływy w TVP podczas kampanii wyborczej, żeby kontrkandydaci w wyborach prezydenckich mieli w miarę równe szanse.
- Problem w tym, że PO ma nam niewiele do zaproponowania, a wiele chce w zamian - mówi nasz rozmówca z lewicy. - W zamian za to, że dopuścimy ją do władzy w TVP, minister skarbu, który ma w radzie nadzorczej swojego jednego przedstawiciela, nie będzie blokować decyzji rady i nie będzie uprzykrzać życia zarządowi. Gdyby doszło do permamentnego konfliktu między właścicielem spółki a jej władzami, TVP nie mogłaby normalnie funkcjonować.
Negocjacje są objęte ścisłą tajemnicą. Nazwiska negocjatorów są utajnione. - Ponieważ ani PiS, ani lewica nie chce się przyznać, że podzielili się miejscami w radach nadzorczych TVP, w negocjacjach uczestniczą ludzie niekojarzeni wprost z partiami - usłyszeliśmy w Sojuszu.
Jest obawa, że to trójporozumienie znów w ostatniej chwili może zakwestionować Tusk - mówi polityk PO - bo premier od początku deklarował brak zainteresowania mediami publicznymi. Ale teraz diametralnie zmieniła się nasza sytuacja: przyszłoroczne wybory prezydenckie to dla nas "być albo nie być".
Jeśli do przyszłego tygodnia triumwirat zostanie zawarty, marszałek Sejmu Bronisław Komorowski (PO) zadecyduje o głosowaniu nad prezydenckim wetem.
Ustawa medialna trafi do kosza, a zacznie się podział miejsc w zarządzie TVP. Wspólnym kandydatem SLD i PO na prezesa byłby ceniony w środowisku twórców Waldemar Dąbrowski, b. minister kultury i szef Teatru Wielkiego.
Farfała fortel nr 3 Tymczasem p.o. prezesa TVP
Piotr Farfał usiłuje nie dopuścić do posiedzenia nowej rady nadzorczej. Bo wie, że jedna z pierwszych decyzji rady to będzie jego odwołanie. Wczoraj zastosował fortel nr 3.
Wydał oświadczenie, że nie jest w stanie ustalić, kto został wybrany do rady nadzorczej. Wysłał pismo do MSWiA z prośbą o ustalenie nr PESEL ośmiu członków rady. Ale MSWiA odnalazło aż 232 osoby o takich nazwiskach. A bez numerów PESEL sąd nie może zarejestrować rady nadzorczej. Farfał się upiera, że bez wpisu do KRS rada nie może obradować. Ale KRRiT ma opinie prawne, że Farfał się myli, bo rada jest organem spółki od momentu decyzji KRRiT, a nie wpisu do rejestru.
- To dziwne, że Farfał nie wie, kto został wybrany do rady, bo przecież każdemu członkowi na adres domowy dwa tygodnie temu wysłał zaproszenie na posiedzenie rady na 16 września - mówi nam Bogusław Szwedo (MSWiA odnalazło trzech Bogusławów Szwedo).
Tomasz Terlikowski - prolustracyjny i antyaborcyjny publicysta - ma mieć w TVP własny program -
czytaj więcej