Maciej Stasiński: Jak się pana czyta, widać że wyrasta pan z tradycji niemieckiej filozofii, pojmowanej jako Kritik: krytyka rzeczywistości, ale i jej pojmowania, czyli krytyka ideologii. Slavoj Żiżek: Zaczynałem jako heideggerysta. Dla naszego pokolenia najważniejszym doświadczeniem - to przyszło jak wybuch mody - była w końcu lat 60. myśl francuska: strukturalizm, Althusser, Lacan, Foucault. W komunistycznej Jugosławii panował już wtedy kompletny cynizm. Nikt nie wierzył w ideologię komunistyczną, wobec czego w różnych republikach różne filozofie uznawano za bliskie władzy i wcale nie musiał to być marksizm.
Moja praca magisterska, a potem doktorska to była psychoanalityczna krytyka Marksa. Kiedy zaproponowałem temat - o Heglu, Marksie, Freudzie i Lacanie - stary partyjny profesor komunista na uniwersytecie w Lublanie mówi: - To dobra praca, ale musimy zrobić tak, że ja odrzucę pierwszą wersję, a pan napisze drugą, którą przyjmę. Żeby było jasne, w tej drugiej może mnie pan nawet zaatakować. Wtedy pan zda.
Wyjaśnił mi szczerze, o co chodzi: Przypuśćmy, że za parę lat zostanie pan dysydentem i zapytają mnie w partii, kto temu facetowi dał doktorat. Wtedy będę miał alibi, powiem: widziałem, ostrzegałem, krytykowałem go.
Co pana fascynowało w niemieckiej filozofii? - Kiedy byłem studentem, broniłem Hegla przed Marksem. Uważałem, że coś zasadniczo złego się stało nie tylko u Marksa, ale w całej myśli poheglowskiej z jej pędem do realnego życia. To zdumiewające, jak w krótkim czasie ludzie dochodzą do wniosku, że cała filozoficzna heglowska spekulacja jest tylko królestwem cieni, które rozmija się z realną egzystencją. Z tego wniosku wypływały różne odpowiedzi: Schellinga i Schopenhauera, że to wola jest prawdziwą substancją, albo Marksowska: realne życie ma się tak do spekulacji jak miłość fizyczna do masturbacji. Coś się wtedy stało fatalnego. Coś zgubiliśmy.
Hegel wciąż ma nam coś do powiedzenia, wcale nie jest martwy. Wystarczy go czytać przez Freuda.
Zacznijmy jednak od drugiej strony. To, co Freud nazywał popędem śmierci, nie ma nic wspólnego z porządkiem instynktu czy biologii. To porządek symboliczny. Jak to się często zdarza wielkim myślicielom, Freud nie zdawał sobie sprawy z wagi własnego odkrycia - to czysta metafizyka, a on usiłował to przełożyć na jakiś głupi biologizm: Eros kontra Tanatos itd. Tymczasem Freuda trzeba czytać przez Hegla. Popęd śmierci jest tym, co Hegel nazywał negatywnością. I to działa też w drugą stronę. Wystarczy Hegla czytać Freudem i znajdujemy wtedy Hegla, który nie ma nic wspólnego ze współczesnym obiegowym poglądem, że Hegel to idiota, który wierzył w wiedzę absolutną itd.
To jest moja prawdziwa obsesja. Kończę teraz 700-stronicową książkę o Heglu: zaczynam od Platona, potem Fichte, Hegel, posthegliści, Marks, Heidegger itd. Hegel to moja pasja. A cały ten polityczny spektakl, w którym biorę udział, krytyka kapitalizmu, już mnie trochę męczy. Jestem gotów oddać to wszystko za jedną dobrą książkę o Heglu.
Nie kupuję tego moralnego szantażu marksistów: - Jak wy, intelektualiści, możecie zamykać się w wieży z kości słoniowej, gdy ludzie umierają z głodu. Jak mnie pytają, w jakim sensie uważam się za marksistę, odpowiadam. W takim, że jestem za 11. tezą o Feuerbachu*, ale odwróconą. Może w XX wieku staraliśmy się za bardzo zmienić ten świat? Może lepiej go teraz znowu trochę poobjaśniać.
Ale sam pan powtarza, że ze światem dzieje się coś złego. - Tak, docieramy do jakiejś granicy. Uważam, że w wielu dziedzinach zbliża się prawdziwy kryzys. Np. problem własności intelektualnej może doprowadzić do zniszczenia kapitalizmu w postaci, jaką znamy. Gdyby rynek zostawić samemu sobie , to w niektórych dziedzinach zniknie i np. Bill Gates będzie światowym monopolistą. Teraz
USA mobilizują całą prawną potęgę państwa, żeby ocalić rynek.
Gatesa nie można wytłumaczyć jakimś marksistowskim wytrychem, że dopuścił się np. superwyzysku. Przecież on świetnie płaci. W "Grundrisse..." Marks wprowadza pojęcie ogólnego intelektu. Mówi, że w miarę rozwoju kapitalizmu źródłem bogactwa w coraz mniejszym stopniu będzie praca mierzona czasem pracy, a stanie się nim wiedza - w sensie zbiorowej wiedzy, nauki, praktycznych umiejętności ludzi. Kiedy to się w pełni stanie, kapitalizm się załamie, bo nie będzie dłużej miało sensu mierzenie wartości czasem pracy, a tylko w tej formie można mówić o wyzysku.
Czego Marks nie dostrzegł, to tego, że ten ogólny intelekt ludzi, ten symboliczny kapitał, nie zniesie wcale własności prywatnej, ale przeciwnie - sam zostanie sprywatyzowany. Czy nie tego właśnie dokonał Bill Gates? Sprywatyzował część ogólnego intelektu, sieć wiedzy, którą się wszyscy posługujemy. On tutaj nie pobiera zysku, to jest raczej rodzaj renty, którą mu płacimy, kiedy używamy systemu Windows. To nie jest żaden klasyczny wyzysk. Cena nie ma tu nic wspólnego z kosztami produkcji.
Zdobycze nauki też pana przerażają. - Tak, np. biogenetyka. Wielu ma mnie za marksistę i komunistę, ale moimi ulubionymi myślicielami są oświeceni konserwatyści. Starzy postępowi liberałowie albo głupi konserwatyści są zwykle prostaccy, bo uważają, że znają rozwiązania. Oświeceni konserwatyści dopuszczają antagonizmy i sprzeczności. Mówią tak: to jest gówno, siedzimy w nim po uszy i nie wiemy, jak z niego się wydostać.
Kiedyś w Londynie debatowałem z Francisem Fukuyamą. Powiedział mi coś takiego: bardzo mi się podobają pańskie analizy, niech pan tylko da sobie spokój z tym Leninem. Otóż mnie też bardzo się podoba Fukuyama. W książce "Posthuman Future" (Przyszłość poludzka) mówi, że biogenetyka zmienia wszystko. Jego wizja końca historii jest już nieaktualna. Fukuyama staje się kimś na kształt socjalisty, który uważa, że potrzebujemy silnej państwowej kontroli itd.
Niedawno czytałem, że w Londynie skonstruowano taki aparat, proste krzesło na kółkach poruszane myślą. Odrutowują twój mózg, łączą go z komputerem, który wykrywa proste myśli. Jeśli bardzo usilnie będziesz myślał "naprzód" albo "w lewo", komputer tę komendę wychwyci i przełoży ją na energię - wózek jedzie. Co to oznacza? Podstawą naszej wolności i godności jest dystans między tym, co wewnętrzne, i tym, co zewnętrzne. Rzeczywistość jest na zewnątrz mnie, jestem wolny, mogę myśleć. A teraz dzieje się coś obscenicznie boskiego. Przywilejem Boga jest, że jeśli coś pomyśli, staje się to rzeczywistością. Teraz my też to potrafimy.
Skoro jednak coś przebiega od wewnątrz na zewnątrz, to może też przebiegać odwrotnie. Skoro mogę poruszać przedmioty własną myślą, może inni mogą poruszać przedmiotami i w ten sposób sterować moją myślą? To już się dzieje. Kiedy człowiek wpada w panikę, jego mózg wytwarza fale elektromagnetyczne. Naukowcy zadali sobie pytanie: czemu nie spróbować w drugą stronę? Zbombardujemy cię tymi samymi falami i wpadniesz w panikę. Podobno mają już taką maszynę.
Chińczycy są w tej dziedzinie szczególnie bezwzględni. Pod Szanghajem budują pięć klinik biogenetycznych, gdzie za kilka lat być może bogaci ludzie będą zamawiać dzieci według pożądanych cech. Mają już taki program rządowy, który nazywają programem na rzecz przywracania zdrowia narodowi chińskiemu, czy jakoś tak. Brzmi to jak zamysł kontrolowania całej populacji. Wydaje mi się, że na naszych oczach dzieje się coś, co dotyczy samego sensu człowieczeństwa. To nam każe przemyśleć wszystko na nowo. Co to znaczy w takich warunkach być wolnym?