'Miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?' Kredo Mileny, bohaterki twojego filmu. Czemu zajęłaś się puszczalskimi dziewczynkami? Film wcale nie jest o tym, że one się puszczają w galeriach, tylko o pierwszym razie. Co znaczył kiedyś, co teraz.
Co teraz znaczy? Nic. Jest jak jedzenie, picie, spanie. Dziewczyny z Pragi opowiadały mi, że rodzice wyjechali na trzy dni, zostawili dom, a one melanżują. Ta miała wczoraj trzech facetów, tamta dwóch. Porównują, który fajniejszy. Tę chłopak rzucił. Patrzą na nią. 'Nie masz chłopaka? Oj, niedobrze'. Trzeba mieć chłopaka. Bo po tym się ocenia wartość, kto ma jakie buty i jakiego faceta.
Może to tylko margines? Aktorki z filmu nie są takie, ale znają ten świat. Ania Karczmarczyk, która grała Alę, mieszka pod Warszawą. Ma w szkole koleżanki, co prowadzają się za prezenty. Ania mówiła, że jedną chłopak zostawił i dramat. Ja: 'No, bo to jest dramat'. 'Ale on nie zdążył jej nic kupić i to był ten dramat'.
To cię oburza? Szokuje, rusza. A jak coś rusza, jest dobre na film.
Skąd wzięłaś temat? Z reportażu Hanny Bogoryi-Zakrzewskiej w radiowej 'Trójce'. Nastolatka nie ma telefonu komórkowego. Koleżanki szukają jej sponsora. Wymyśliłam sobie film pełnometrażowy. Pomyślałam: kurczę, będzie mi trudno zrobić to od razu po szkole. A jeszcze to kino społeczne, smętne, powiedzą, że druga 'Tereska'. Wpadłam na taki pomysł. Nakręcę etiudę szkolną 20-minutową. To będzie demo, które pokażę producentom. Obiecam, że z innymi pieniędzmi zrobię to lepiej. Napisałam szybko scenariusz, buch, poszło. Teraz nad jedną sceną siedzę siedem dni.
Etiuda dostała mnóstwo nagród. Jeździłam z moimi 'Galeriankami' i myślałam, że są gorsze. Bo inne etiudy takie wysmakowane. Miałam kompleks, że nie skończyłam filmówki w Łodzi albo Katowicach. Dziś jestem z tego powodu szczęśliwa, bo nikt mi głowy nie przekręcił. W Koszalinie na konkursie etiud rozmawialiśmy o tym, że po 20 sekundach wiadomo, jaka szkoła i jaki opiekun artystyczny. Przekręciliby mnie, bo byłam zielona.
Jakie masz wykształcenie? No, dwuletnią Warszawską Szkołę Filmową skończyłam. Pod koniec miałam pomysł na fabułę. Powinnam się jeszcze uczyć, ale pomyślałam: trudno, jakoś sobie poradzę bez szkoły. Nie mam czasu. Bo wcześniej tata namówił mnie na ekonomię. W trakcie zaczęłam jeszcze prawo, podobała mi się Ally McBeal.
A film? Poznałam chłopaka, który był scenarzystą. Wreszcie rozmawiałam o tym, co mnie ciekawiło, bo na ekonomii to nie dało rady. Doszłam do wniosku, że pójdę na kierownictwo produkcji do Łodzi. I tata będzie zadowolony, bo to studia biznesowe. Ale trzeba było mieć praktykę. Zostałam kierowniczką produkcji odcinka 'Kolia księżnej Romanowej' z serii kryminalnej 'Inżynier Walczak'. Pogubiłam jakieś pistolety, wyszło, że się do tego nie nadaję. Po dyplomie na Uniwersytecie Gdańskim znalazłam tę warszawską szkołę Macieja Ślesickiego. Filmy były mi przeznaczone.
Dlaczego? Lalkami bawiłam się do końca liceum, jak mnie ludzie nie widzieli. Nie mogłam się pogodzić, że będę musiała przestać. Mam siostrę Matyldę, dużo młodszą. W kółko ją przebierałam. Kazałam jej iść w rajstopach na głowie do sąsiadki i powiedzieć po angielsku, że Klaudia z Ameryki przyjechała. Zagrała to, chociaż nie znała angielskiego. Matylda się skarżyła: 'Mamo, ona ciągle każe mi się bawić'. Chciałam być żoną Przybyszewskiego, udawałam Dagny. Teraz lalki wymieniłam na aktorów i dzięki temu nadal jestem w innym świecie. A Matylda pomaga mi w filmie, robi ciuchy.