Polska nie jest dla Rosjan pępkiem świata i dziś, choć to może nie jest dla nas przyjemne, rzadko kiedy potrafimy ich sobą zainteresować. Cóż, my swój egocentryzm wyrażamy formułą: "słoń, koń i co tam jeszcze a sprawa polska". Rosjanie idą dalej i zawłaszczając całego słonia, powtarzają: "Związek Radziecki, ojczyzna słoni".
W ostatnich tygodniach Polski, a szczególnie naszej historii było w mediach rosyjskich aż nadto. W środowych gazetach wizyta Putina musiała więc zająć miejsce na pierwszych stronach, a nastroje były bojowe. "Wojna o drugą światową" - zatytułował swą relację
dziennik "Wriemia Nowostiej". Wysłannicy rosyjskich mediów napisali dużo, co niektórym dało rzadką okazję popisania się imponującymi lukami w wiedzy o naszym kraju.
I tak Andriej Kolesnikow, reporter gazety
„Kommiersant”, ulubiony dziennikarz premiera od lat wszędzie towarzyszący Putinowi, dokonał śmiałej syntezy kilku wydarzeń ze światowej historii, pisząc, że ceremonia rocznicowa odbyła się „w Gdańsku, w pomnikowym kompleksie
Westerplatte, w stoczni, gdzie 1 września 1939 r. wylądowały wojska niemieckie”.
Wysłannik "Izwiestii" podkreśla: "Jak pokazały sondaże przeprowadzone w przeddzień wizyty, zdecydowana większość Polaków nie wiadomo czemu spodziewała się, że skoro już Putin znajdzie się w Gdańsku, to koniecznie powinien pokajać się i przeprosić. Za pakt Mołotow-Ribbentrop, za naszą ofensywę 17 września 1939 roku, za Katyń...".
Korespondentowi "Izwiestii", jak sam się przyznał, wydawało się, że dla Polaków "zgodnie z tym, co widnieje na ich fladze, historia ma tylko dwa kolory - biały i czerwony".
Dziennikarze rosyjscy całkowitym daltonizmem nie są jednak dotknięci i udało im się rozróżnić ton wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego od tego, co na temat historii mówił
Donald Tusk.
Popularny komentator Michaił Leontiew w swoim programie publicystycznym "Odnako" na pierwszym kanale telewizji jeszcze we wtorek wieczorem oskarżał: - Dziś próbują postawić znak równości między nami a Hitlerem, powołując się na sławetny pakt Ribbentrop-Mołotow. Dziś, w dzień pamięci, tę podłość publicznie powtórzył prezydent Polski Kaczyński.
A Andriej Jaszławski, szef działu zagranicznego "Moskiewskiego Komsomolca", wypomniał "panu Kaczyńskiemu", że po to, by on mógł "występować w Gdańsku, a nie w Danzigu", ginęli ci, których "on uważa za nosicieli bolszewickiego totalitaryzmu". "Zrozumiałe, że Polacy nie mają za co lubić Rosji w ogóle, a Stalina w szczególności. Ale norm przyzwoitości przestrzegać należy. Jakby tam nie było, to przecież Europejczycy. Jeśli oni tak, to czego można oczekiwać od nas" - Jaszławski zganił polskiego prezydenta za to, że w obecności Putina zrównał zbrodnię katyńską z Holocaustem.
Ale to nic dziwnego - Kaczyńskiemu Rosjanie już dawno przylepili etykietkę groteskowego rusofoba. Tusk natomiast stoi u nich na półce nudnawych Europejczyków, spokojnych i pragmatycznych. Gazety więc szeroko, w nieco sentymentalnym stylu, opisują jego poranny spacer z Putinem po sopockim molo, w trakcie którego obaj premierzy rozmawiali ze sobą "po rosyjsku, angielsku i niemiecku".
Rosyjscy dziennikarze nie silili się za to na redakcyjne komentarze podsumowujące wizytę Putina lub tłumaczące, co ona może przynieść. Może mają kłopot z oceną, a może wręcz obawiają się wyrazić swoje zdanie i czekają, aż ktoś w kręgu władzy podpowie im, co mają myśleć?
Wyjątkiem jest gazeta "Wriemia Nowostiej", która piórem znanego politologa Fiodora Łukianowa ostrzega, że hasło "zostawmy historię historykom", do czego w Gdańsku wzywali i Tusk, i Putin, prowadzi donikąd: "To się nie uda. Na dzisiejszym etapie rozwoju byłych krajów komunistycznych można mieć tylko nadzieję na pragmatyzm polityków i zrozumienie, jakich granic nie mogą przekroczyć. I na to unikatowe doświadczenie, które kiedyś pomogło Europie Zachodniej wyjść z zaklętego kręgu decyzji, które raz za razem doprowadzały do krwawych wojen".
Pewne jest za to, że premier Rosji może uznać wyprawę do Gdańska za bardzo udaną - podniesie i tak już znakomite mniemanie rodaków o nim. Media pokazały go przecież jako śmiałego zucha, który potrafi bronić rosyjskich racji.
W promieniach Putina ogrzała się i "Gazeta", i Polska. Dużo w Rosji mówi się bowiem o poniedziałkowym artykule premiera, dzięki czemu Rosjanie dowiedzieli się, że Putin uważa pakt Ribbentrop-Mołotow za "niemoralny". A we wtorek wieczorem ten sam Leontiew, który przejechał się po prezydencie Kaczyńskim, kończąc swoje "Odnako", powiedział dziesiątkom milionów rodaków: - To, że Polska nie poddała się bez walki, jak nie poddawała się nigdy, że polskich dywizji SS nie było nigdy, jak nigdy nie było i nie będzie polskich bohaterów narodowych ratujących Polskę współpracą z Niemcami - to też fakt. I nie podważą go żadne pretensje historyczne, jakie mamy do siebie nawzajem. I dlatego nasz premier był w Polsce.
Mała to satysfakcja, ale i ją trzeba docenić w sytuacji, w której rosyjscy telewidzowie przez ostatnie kilka tygodni dowiadywali się niemal codziennie, że Polska była "najbliższym sojusznikiem Hitlera".