Czterech generałów, cztery strony wojny: Anders. Gra ze Stalinem | Sikorski. Wojna domowa na emigracji | Berling. Nie będę bolszewikiem | Bór-Komorowski. Skok w przepaść
>
Zdzisław Peszkowski, przyszły ksiądz i kapelan Rodzin Katyńskich, podchorąży w armii Andersa, zapamiętał rozmowę z ppłk. Zygmuntem Berlingiem. - Kiedyś, kiedy będą załatwiali moją sprawę historycznie, pamiętaj, że nie byłem świnią - mówił mu przyszły dowódca kościuszkowców w obozie jenieckim w Griazowcu.
Ponownie spotkali się wiosną 1942. Berling jako dowódca bazy w Krasnowodzku żegnał ewakuujących się do Iranu żołnierzy Andersa. Zapowiedział, że on zostaje. - Polska na lata będzie związana z Rosją, więc dla dobra Polski ta współpraca będzie konieczna - tłumaczył.
"Dziwne to było, czułem, że jest on częścią jakiegoś polskiego etosu rozdarcia" - pisał po latach o Berlingu ks. Peszkowski.
Wersja Berlinga Trudno odpowiedzieć na pytanie, co w biografii Berlinga jest "częścią etosu rozdarcia", a co pospolitą zdradą. On sam odpowiedzi nie ułatwia. U schyłku PRL był symbolem "bohaterskich tradycji żołnierza polskiego i szlaku od Lenino do Berlina". Ale w panteonie komunistycznych bohaterów zastąpił go gen. Karol Świerczewski, który się kulom nie kłaniał. Berling czuł się zepchnięty na margines. W latach 60. żalił się Gomułce, że wnuk go pyta, dlaczego w Muzeum Wojska Polskiego nie ma informacji, że to on dowodził 1. Dywizją im. Tadeusza Kościuszki.
Pozostawił po sobie przechowywane w archiwach KC PZPR trzytomowe pamiętniki. Komuniści traktowali je jak bombę zegarową. Opisywał w nich ataki histerii i narodowe zaprzaństwo Wandy Wasilewskiej, pijackie wyczyny gen. Karola Świerczewskiego, intrygi marszałka Michała Roli-Żymierskiego, którym pogardzał. Gdy jednak wyszły w latach 1990-91, nie wzbudziły sensacji. PRL był już przeszłością, a do tego okazało się, że generał tracił pamięć, gdy chodziło o jego własne grzechy.
W pamiętnikach Berling zastanawiał się jednak nad paradoksem swojego życiorysu. Jak to się stało, że on, od 17. roku życia członek patriotycznego "Strzelca", żołnierz II Brygady Legionów, obrońca Lwowa w 1919 r. i kawaler Virtuti Militari za wojnę polsko-bolszewicką, stał się jednym z symboli kolaboracji z Sowietami?
Sam ów moment przemiany ulokował na 18 września 1939 r. - dzień wkroczenia jednostek Armii Czerwonej do Wilna.
W 1939 r. jako podpułkownik w stanie spoczynku otrzymał przydział do Warszawy. Ale do stolicy nie był w stanie dotrzeć. Z jego relacji wynika, że 15 września pojawił się w Wilnie i już wówczas wiedział o wejściu Armii Czerwonej. A przecież przekroczyła granicę 17 września.
Z innymi faktami i interpretacjami Berling też jest na bakier.
W Wilnie zgłosił się do dowództwa. Trafił na odprawę. Pisze, że przyjęto go "jak Mesjasza". - Pewno nie sprawi panu trudności zdobycie dla nas paszportów zagranicznych? - pytali koledzy w mundurach.
Berling stawia tezę bliską PRL-owskiej propagandzie: polscy oficerowie nie myśleli o walce, tylko o tym, jak prysnąć za granicę. Daleką od faktów. Paszporty wydawała polska administracja tym oficerom, którzy chcieli przedostać się na Litwę, Łotwę i walczyć dalej. Zgodnie z rozkazem dowództwa Berling, podobnie jak inni oficerowie, powinien opuścić Wilno. Nawet spakował plecak. Jednak został. Dlaczego?
Jak twierdzi, zrozumiał fiasko polityki II Rzeczypospolitej: "Nasi bohaterscy lotnicy bili Niemców na gratach, kawalerzyści szarżowali z butelkami z benzyną na czołgi" - pisze. A przecież: "Na początku konfliktu marszałek Woroszyłow zwracał się na początku konfliktu do Śmigłego przez
radio. Marszałku Śmigły, trzymajcie się mocno, 10 milionów radzieckich bagnetów stoi za wami".
W tych okolicznościach Berling miał dojść do wniosku, że należy "szukać zewnętrznej pomocy właśnie w ZSRR i z radzieckimi ludźmi podzielić los: zwyciężyć lub zginąć albo przyjąć perspektywę hitlerowskiej niewoli. Mimo noża w plecy, na przekór nienawiści do ZSRR".
Gdy po wkroczeniu Armii Czerwonej Sowieci rozwieszają plakaty, aby byli wojskowi ujawniali się i zgłaszali do radzieckiego dowództwa, Zygmunt Berling odpowiada na apel, wywołując konsternację Rosjan. Nie wiedzą, co z nim zrobić, więc zwalniają go do domu.
Nadzieja Rzeczypospolitej W opisie sytuacji wojennego Wilna trudno nie dostrzec niechęci Berlinga do II Rzeczypospolitej i oficerskiej kasty. Kilka lat później podczas rozmowy ze Stalinem opisywał środowisko sanacyjnych oficerów jako "mafię". Przyznał też, że sam do tej mafii należał. Ale przekonywał Stalina, że "czuje się dziedzicznym socjalistą", bo pochodził z kolejarskiej rodziny w Limanowej.
Z "mafią" miał zerwać po zamachu majowym marszałka Piłsudskiego. Z przyczyn politycznych. Tyle że w 1926 r. opowiedział się po stronie marszałka. A do tego został zwolniony z dowodzenia 4. pułkiem piechoty w Kielcach i z wojska dopiero na przełomie wiosny i lata 1939 r.
To raczej charakter i ambicje, a nie poglądy były przyczyną rozwodu Berlinga z armią. Na progu lat 30. był przecież jedną z "największych nadziei" kadry oficerskiej II Rzeczypospolitej. Miał za sobą nie tylko piękną przeszłość wojenną. W latach 20., co nie było częstym przypadkiem w korpusie oficerskim, skończył
studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Znał cztery nowożytne języki obce plus grekę i łacinę. Opracował podręcznik dobrych manier "Oficyer".