To paradoks, ale dla Rosjan, a przynajmniej dla inteligencji rosyjskiej, Polska była najważniejsza i najbardziej atrakcyjna w czasie, kiedy Warszawa miała upokarzający status satelity Moskwy. Wielu już niemłodych dziś ludzi z ogromnym sentymentem wspomina tytuły gazet dawno u nas zapomniane, z najdrobniejszymi szczegółami może opowiadać o polskich filmach, potrafi zaśpiewać niejedną piosenkę Skaldów.
Pani Walewska wywietrzała Kiedy osiem lat temu ówczesny prezydent Władimir Putin jechał do Warszawy, wydział handlowy naszej ambasady w Moskwie przeprowadził sondaż, pytając Rosjan o to, z jakimi towarami, markami kojarzy im się nasz kraj. Opowiadali o Modzie Polskiej, odzieży, ale liderem okazały się
perfumy Pani Walewska. One musiały mieć wyjątkowy zapach. Do Rosji nie trafiały już przecież wtedy od wielu lat, a wciąż nie wywietrzały, pozostały w pamięci jako symbol odrobiny luksusu, na jaką mogły sobie pozwolić obywatelki ZSRR dzięki nieco - jak tu się mówi - "przyotwartej" na Zachód "bratniej" Polsce.
Pisarz Wiktor Szenderowicz, autor niezwykle popularnego telewizyjnego programu satyrycznego "Kukły", uważa się za polonistę amatora, w przeciwieństwie do swej córki, która została polonistką profesjonalną.
- Tylko dzięki waszemu krajowi można było w latach mojej młodości, czyli w latach 70. i 80. ubiegłego stulecia, jakoś oddychać. Byliście naszym okienkiem, lufcikiem nieco uchylonym na świat. Warto było się samodzielnie uczyć czytać po polsku, by brać do ręki wasze tygodniki: "Dookoła świata", "Przekrój", "Szpilki"... Ach, "Szpilki" to była dla mnie czysta frajda. Albo Stanisław Jerzy Lec. Mistrz, guru dla wielu z nas - rozmarzył się Szenderowicz w rozmowie z "Gazetą".
Aleksandr Liwszyc, były minister finansów, tłumaczył mi kiedyś, dlaczego od wczesnej młodości stale nosi ciemne okulary: - Z oczami nie miałem najmniejszego problemu. Ale jeszcze jako chłopak postanowiłem, że będę podobny do Zbyszka Cybulskiego z "Popiołu i diamentu". A on miał właśnie takie ciemne szkła.
Kiedy w rozmowie z Władimirem Łukinem, dziś federalnym rzecznikiem praw człowieka, przypomniałem Marylę Rodowicz, przerwał mi westchnieniem: - Ach, Rodowicz, moja miłość...
Rosjan tak nas wspominających jest jednak coraz mniej. Perfumy Pani Walewska, choć niezwykle trwałe, jednak wywietrzały.
Furtka po upadku muru - Od czasu odwilży, czyli mniej więcej połowy lat 50., Polska była dla studentów i młodej inteligencji radzieckiej, czyli tych, którzy wtedy nadawali ton naszemu życiu, furtką w murze, przez którą można było popatrzyć na Zachód. Dzięki choćby "Przekrojowi", który wolno nam było prenumerować, mogliśmy zerknąć, co się tam nosiło, przeczytać choć fragmenty tego, co się tam pisało i wydawało - tłumaczy Lew Gudkow, znany socjolog i dyrektor Ośrodka Jurija Lewady. - Potem była u nas fascynacja waszą "Solidarnością", która nieco wyprzedziła naszą pierestrojkę. Wszyscy pamiętamy wierszyk z początku lat 80. o podwyżkach cen wódki. Tam po kolei wyliczało się, na jaką cenę naród jest gotów się zgodzić. Kończyło się na jakiejś astronomicznej sumie i ostrzeżeniu: "Jesli budiet bolsze, sdiełajem kak w Polsze" ["Jeśli będzie więcej, zrobimy jak w Polsce"].
Zdaniem Gudkowa ostatnim już momentem, kiedy Polska budziła zainteresowanie Rosjan, była "epoka Leszka Balcerowicza", czyli reformy i "terapia szokowa", którą przeszedł nasz kraj. - Wam się wtedy udało. A u nas po upadku ZSRR był szok, ale bez terapii. Społeczeństwo rozczarowane naszymi kalekimi reformami przestało interesować się waszymi przemianami i waszym krajem też - podkreśla Gudkow. - Nowa Rosja otworzyła się na Zachód, o tym, co się tam dzieje, co się nosi, co jest grane, dowiadujemy się bezpośrednio już bez żadnych "Przekrojów". Polska furtka okazała się niepotrzebna.
Do polskich sentymentów Rosjan z lat 80. nawiązuje dziś tylko nowy, niezależny od władz demokratyczny ruch Solidarnost, emblematem którego jest to słowo pisane "solidarycą-cyrylicą" zwieńczone rozwianym trójkolorowym sztandarem. - Nie ukrywamy, że chcielibyśmy powtórzyć u nas polskie doświadczenie lat 80. W historii polskiej "Solidarności" najbardziej fascynuje nas sojusz inteligencji z klasą robotniczą. Bez takiej jak u was współpracy elit z narodem nie uda się i w Rosji doprowadzić do niezbędnych naszym zdaniem reform - deklaruje Ilja Jaszyn, jeden z przywódców ruchu Solidarnost.
Te deklaracje młody, bojowy polityk składa jednak na wyrost. Moskiewscy działacze Solidarnosti nie wykazali się niczym choćby w Pikalowie, miasteczku pod Sankt Petersburgiem, gdzie załogi zamkniętych przez oligarchów fabryk od jesieni ubiegłego roku do lata br. prowadziły protest, domagając się zaległych wypłat. Nie pojawiają się także w innych prowincjonalnych miastach buntujących się przeciwko skutkom kryzysu.
Dojarki jakieś Dziś o przestrzeni pomiędzy Rosją a starą, poważaną Europą w Moskwie mówi się niewiele, a jeśli już, to z reguły źle. Niedawno związany z Kremlem politolog Siergiej Karaganow w poświęconym sporom wokół paktu Ribbentrop-Mołotow artykule w "Rossijskiej Gaziecie" nazwał zachodnich sąsiadów swego kraju "wiecznie byłymi". A znany komentator Siergiej Dorenko, nie owijając w bawełnę, twierdzi, że między "dorosłymi" Europejczykami a "dorosłą" Rosją mieszkają "dojarki jakieś".
Samej Polsce media moskiewskie poświęcają dziś niewiele uwagi - jeśli nie liczyć momentów, kiedy dochodzi do spięć w rodzaju dzisiejszego sporu wokół 70. rocznicy wybuchu II wojny. Zasługującym na pochwałę wyjątkiem jest
dziennik "Wremia Nowostiej", który ma w Warszawie bardzo dobrego korespondenta Walerija Mastierowa, kompetentnie i regularnie opisującego to, co się dzieje w naszym kraju.
- Finansowa kondycja naszych mediów jest na tyle fatalna, że praktycznie nigdzie, nawet w Stanach Zjednoczonych, nie ma normalnie pracujących korespondentów z Rosji. Poza tym zainteresowanie czytającej gazety i oglądającej telewizję publiczności tym, co się dzieje za granicą, w ogóle jest u nas coraz mniejsze. Swoich problemów wystarcza - tłumaczy Fiodor Łukianow, redaktor naczelny pisma "Rosja w Polityce Globalnej". - Powinniście jednak rozumieć, że Rosja należy do krajów, gdzie Polskę szanują najbardziej, najbardziej się z nią liczą. To wcale nie znaczy, że lubią. Po prostu u nas tak naprawdę uważają was za poważnego oponenta, wręcz konkurenta.
- Rosjanie uważają, że wiedzą o was wystarczająco dużo - mówi Łukianow i rysuje taki obraz: - W świadomości Rosjan jest taki kufer z "polskim posagiem". Nabity do pełna tym, co zbierało się tam przez wieki. Kiedyś Polska i Rosja ostro konkurowały ze sobą o status wielkiego mocarstwa. Żaden inny naród słowiański nigdy nie był w stanie rzucić nam takiego wyzwania. Była okupacja Moskwy. To, że akurat 4 listopada zrobili u nas świętem państwowym upamiętniającym rocznicę wygnania Polaków ze stolicy w 1612 r., jest nieco groteskowe. Ale "Lach na Kremlu" tkwi w pamięci narodu. Takich wydarzeń się nie zapomina. Wielki wpływ na życie intelektualne Rosji miały powstania polskie, które budziły zajadłe spory. Polska była dla Moskwy źródłem poważnych problemów na każdym etapie II wojny światowej. Potem w epoce "Solidarności" niezwykle trudnym i - jak się okazało - niebezpiecznym wyzwaniem dla Związku Radzieckiego.
Aktor charakterystyczny - Dziś do tego "kufra z polskim posagiem" wciąż trafiają nowe "skarby". Rewolucja róż w Tbilisi, proszę bardzo - nie bez wsparcia Polaka konkurenta. Na kijowskim Majdanie flagi polskie i polscy politycy. W zamieszaniu po wyborach prezydenckich na Białorusi w 2005 r. Polacy znów obsadzili się w roli, w której przywykliśmy ich widzieć. Najaktywniejszym oponentem gazociągu bałtyckiego, na budowie którego tak bardzo zależy Moskwie, jest oczywiście Warszawa - wylicza Łukianow. - Jeśli Stany Zjednoczone robią coś na przekór Rosji, to palce w tym obowiązkowo macza lobby polskie ze Zbigniewem Brzezińskim na czele. Jeśli Rosji coś nie układa się z Unią Europejską, to zawsze okazuje się, że aktywnie popracowali przy tym Polacy. Nawet wtedy, kiedy wcale tak nie jest. Przyczyną tego, że Unia i Rosja nie negocjują nowego układu o współpracy, miała być przez długi czas "wojna mięsna" między Moskwą a Warszawą. Embargo na
import polskiego mięsa do Rosji zostało zniesione, a Rosja z Unią o nowym porozumieniu nie rozmawiają. Bo prawdziwą przyczyną tego jest, jak się okazuje, głęboki kryzys w stosunkach między Moskwą a Brukselą. Ale we wszelkich konfliktach chętnie szukamy "polskiego śladu", bo na naszej scenie politycznej Polska jest aktorem bardzo charakterystycznym - podsumowuje Łukianow.