Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Liczba podatników i suma pieniędzy rośnie skokowo od dwóch lat, odkąd nie trzeba osobiście obliczać wysokości jednego procenta i wpłacać organizacji pieniędzy. Teraz wystarczy wskazać nazwę organizacji, a robi to za nas urząd skarbowy. Pieniędzy jest też więcej dlatego, że mogą je wpłacać tzw., ryczałtowcy, czyli osoby prowadzące działalność gospodarczą.
Zachodnia tradycja wspierania Możliwość odpisywania jednego procenta podatku wprowadzono w 2004 roku ustawą o organizacjach pożytku publicznego i wolontariacie. Miała wesprzeć budowę społeczeństwa obywatelskiego. Chodziło o to, żeby organizacje pozarządowe nie bazowały tylko na pieniądzach od dużych organizacji grantodawczych - głównie amerykańskich (które zresztą wtedy zaczęły się już ze wspierania polskich organizacji wycofywać) i z pieniędzy publicznych (od rządu i samorządu), ale by finansowali je niewielkimi wpłatami zwykli obywatele. Żeby w ten sposób angażowali się w ich działalność i skłaniali organizacje do robienia rzeczy, którymi potem, zabiegając o pieniądze, mogą się pochwalić.
Na Zachodzie istnieje tradycja należenia do rozmaitych organizacji społecznych i wspierania ich działalności głównie przez płacenie składek. W Polsce i innych byłych "demoludach" takiej tradycji nie ma. Stąd pomysł jednego procenta. Prekursorami były
Włochy i Hiszpania. W 1997 r. sięgnęły po ten pomysł Węgry, a rok później
Słowacja. W Polsce od 2004 roku stale rośnie liczba osób przekazujących swój jeden procent.
Czy to znaczy, że osiągnięty został cel: uspołecznienie ludzi, wzmocnienie społeczeństwa obywatelskiego? Niekoniecznie.
Po pierwsze tegoroczny rekord wpłacających to zaledwie ok. 30 procent wszystkich uprawnionych do przekazania organizacjom jednego procenta. Pozostałe 70 procent woli więc przekazać podatek w całości państwu. Ewentualnie nie chcą lub nie umieją samodzielnie wypełnić PIT-u i robi to za nich
ZUS (emeryci) czy pracodawca.
1 proc. dla znanych twarzy Po drugie nie sprawdziło się założenie, że dzięki kampanii na rzecz jednego procenta organizacje "wyjdą do ludzi" na swoim terenie, że będą ich informować o swojej działalności, dowiadywać się, czego potrzebują - czyli będą budować społeczeństwo obywatelskie wokół tego, co najbardziej potrzebne danej społeczności. Okazało się, że podatnicy wcale nie płacą na swoje małe lokalne organizacje: na świetlice dla zaniedbanych dzieci, koła gospodyń wiejskich, na amatorskie orkiestry.
Wolą wpłacać na wielkie organizacje ogólnopolskie firmowane przez znane twarze: Annę Dymną (Fundacja "Mimo wszystko" dla osób z upośledzeniem umysłowym i nie tylko), Jurka Owsiaka (Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy), Ewy Błaszczyk (Fundacja "Budzik" dla dzieci w śpiączce), Janiny Ochojskiej (PAH). Na fundację Anny Dymnej w zeszłym roku wpłaciliśmy 11 milionów. A np. na Nadsańskie Stowarzyszenie Muzyczne, które daje koncerty dla mieszkańców i zbiera ludową muzykę z regionu - 600 złotych.
Nie ma na razie badań, które wyjaśniałyby to zjawisko. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wielkie organizacje, których liderzy są osobami publicznymi i pokazują się w mediach budzą po prostu większe zaufanie. Tylko, że to nie one są "solą" społeczeństwa obywatelskiego. To nie one budują więzi społeczne, uczą współdziałania dla realizacji ważnych dla społeczności celów.
Choć z drugiej strony prawdą jest, że wielkie organizacje wywiązują się znacznie lepiej z obowiązku corocznych sprawozdań finansowych ze swojej działalności. Jednym z powodów może być to, że stać je na profesjonalne księgowe, które takie raporty przygotowują. Małe organizacje, oparte głównie na wolontariacie, często sobie z tym obowiązkiem nie radzą.
To, że nie dostają pieniędzy z jednego procenta pogłębia ten problem, bo to jedyne pieniądze, które organizacja może wydać na koszty związane z działalnością - np. właśnie na księgową. Pieniądze z publicznych funduszy czy od dużych organizacji grantodawczych przyznawane są na realizację określonego projektu, a nie na tzw. wydatki biurowe.
Organizacji coraz mniej Kolejnym zjawiskiem, które może świadczyć o tym, że "jeden procent" nie zadziałał tak, jak miał zadziałać, jest fakt, że z roku na rok spada liczba osób, które poświęcają czas na pracę społeczną lub wspierają organizacje darowiznami. Tak wynika z badań Stowarzyszenia Klon-Jawor. Wygląda na to, że możliwość przekazywania organizacjom jednego procenta stała się dla nas swego rodzaju alibi. Uznaliśmy, że "jeden procent" wystarczy, byśmy czuli się społecznie zaangażowani.
Od pięciu lat spada liczba nowo powstających organizacji: według badań Stowarzyszenia Klon-Jawor w 2007 roku zarejestrowano ich o jedną czwartą mniej niż w 2003 r. Mniej powstaje właśnie małych organizacji lokalnych. Powodów może być wiele. Ale jednym z nich jest brak pieniędzy. Małe organizacje nie mają szans w wyścigu po unijne granty rozdawane przez władze samorządowe i administracje rządową. Nie umieją pisać profesjonalnych wniosków, nie potrafią prowadzić skomplikowanej sprawozdawczości dla grantodawcy. I nie mają pieniędzy, by wynająć do tego fachowców. Tymczasem unijne granty, to dziś jedno z najważniejszych źródeł finansowania dla organizacji. Ma ono swoją cenę: dziś to Unia dyktuje, czym organizacje mają się zajmować. Ona wyznacza priorytety i daje na nie pieniądze. A organizacje dostosowują swoją misję do tego, na co można dostać pieniądze. Tyle, że nie na tym miało polegać społeczeństwo obywatelskie.
Mogłoby się to zmienić, gdyby pieniądze z jednego procenta zaczęły płynąć także do małych lokalnych organizacji. A więc gdyby spełniło się pierwotne założenie "jednego procenta".