Kilka tysięcy słowackich Węgrów zjedzie się dziś na stadion w Dunajskiej Stredzie, by zaprotestować tam przeciw dyskryminującemu ich prawu. Ustawa pod groźbą surowych kar do 5-10 tys. euro zabrania im używania rodzimego języka w miejscach publicznych. I jak to ujął węgierski tygodnik "Heti Világgazdaság", każdy węgierski lekarz na Słowacji będzie odtąd musiał rozmawiać z węgierskim pacjentem po słowacku, choćby żaden sobie tego nie życzył.
Tydzień temu można było się obawiać ostrej reakcji policji na "antysłowacki zlot" w Dunajskiej Stredzie, ale teraz widać, że awantury raczej nie będzie. Po koszmarnych dwóch tygodniach we wzajemnych relacjach, kiedy to Słowacy nie wpuścili węgierskiego prezydenta, a węgierska akademia nauk oskarżyła Bratysławę, że zabraniając mówić po węgiersku, łamie prawa człowieka, politycy po obu stronach Dunaju poszli po rozum do głowy.
Jeszcze w niedzielę rano uczestnicy mszy ekumenicznej w katedrze w Szegedzie modlili się, by "postkomunistyczny rząd Słowacji wycofał się z prawa językowego". A już po południu szefowie dyplomacji Węgier Peter Balazs i Słowacji Miroslav Lajeák ogłosili w słoweńskim Bledzie, że w stosunkach obu krajów nastąpi nowy początek. Zapowiedzieli też, że w połowie września odbędzie się odkładane od miesięcy spotkanie premierów Węgier Gordona Bajnaia i Słowacji Roberta Ficy.
Samo spotkanie nie zakończy zimnej wojny trwającej od 2006 roku, kiedy to w Słowacji zaczął rządzić gabinet uzależniony od antywęgierskiego nacjonalisty Jana Sloty. Licząca prawie 550 tys. mniejszość węgierska (10 proc. populacji Słowacji) nie ma co też liczyć, że Bratysława szybko wycofa się z ustawy. Zarówno Węgrzy, jak i Słowacy zrozumieli jednak, że we wzajemnym szczuciu na siebie i oskarżaniu o prześladowanie mniejszości posunęli się za daleko.
Dzwonkiem alarmowym były koktajle Mołotowa, którymi tydzień temu - w nocy z wtorku na środę - nieznani sprawcy obrzucili słowacką ambasadę w Budapeszcie. Do pożaru nie doszło, ale próba podpalenia ambasady sojusznika uzmysłowiła politykom, do czego może doprowadzić podgrzewanie atmosfery.
Wcześniej Węgrzy przekonali się, że w sporze ze Słowakami o ustawę językową nie mogą liczyć ani na poparcie, ani też na mediacje Brukseli. Jedynym europejskim politykiem, który wypowiedział się po stronie Budapesztu, był świeżo upieczony szef Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek. W lipcu w wywiadzie dla "Le Monde" powiedział, że ustawa nie tylko uderza w Węgrów, ale jest "sprzeczna z duchem integracji europejskiej i ideałami demokracji".
Zdaniem premiera Węgier Gordona Bajnaia "ustawa w sposób wyraźny szkodzi mniejszości węgierskiej na Słowacji, a także stosunkom Słowacji z Węgrami". Słowacy bronią się, twierdząc, że nie dyskryminuje Węgrów, bo dotyczy także innych języków obcych. W jednym z artykułów w dzienniku "SME" premier Fico napisał: "ustawa nie zostanie uchylona, nie jesteśmy w cesarstwie węgierskim".
Wypowiedź Buzka nie poruszyła sumienia żadnej z unijnych instytucji. Ani Komisja Europejska, ani przewodzący Unii Szwedzi nie zająknęli się też w sprawie zatrzymania 21 sierpnia prezydenta Węgier Laszlo Solyoma na moście w granicznym w Komarnie. Głowa państwa węgierskiego dowiedziała się tam od szefa policji państwa też będącego w UE, że nie jest mile widziana na Słowacji, bo rozbudza waśnie narodowościowe. Komisja Europejska ustami swego rzecznika Michaela Manna uznała to za "sprawę dwustronną".
Unijni dyplomaci przyznają, że sprawa traktowania mniejszości węgierskiej jest zbyt delikatna, by podnosić ją na wspólnotowym forum. - Były wakacje, a poza tym unijne młyny mielą powoli - tłumaczy brak reakcji Unii eurodeputowany PO i b. szef Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Europejskiego Jacek Saryusz-Wolski. Jego zdaniem we wrześniu po europejskich wakacjach należy się spodziewać interpelacji poselskich w tej sprawie w Strasburgu.
Ale Węgrom takie tłumaczenie nie wystarcza. Niedawno lewicowy dziennik "Népszabadság" skarżył się na milczenie Europy. "UE zdecydowała się na sankcje dyplomatyczne, kiedy Austriacka Partia Ludowa weszła w koalicję z populistą Jörgiem Haiderem. Sankcje okazały się nieuzasadnione i nieskuteczne, ale przynajmniej były pouczające. No bo kiedy Jan Slota, dwakroć bardziej nacjonalistyczny i rasistowski niż Haider, wszedł do rządu Roberta Ficy, UE nie zająknęła się o tym ani słowem" - napisał "Népszabadság".
Źródło: Gazeta Wyborcza