W 1998 r. nakręcili też film "Trzy konferencje" poświęcony historycznym konferencjom przywódców koalicji antyhitlerowskiej w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. W sobotę na swojej oficjalnej stronie internetowej opisali jego treść i podali listę postaci historycznych, o których mowa w ich dziele.
Minister Józef Beck jest tam przedstawiony jako "pułkownik, minister spraw zagranicznych Polski w przeddzień II wojny światowej, agent wywiadu niemieckiego". A premier Stanisław Mikołajczyk - "minister spraw zagranicznych rządu emigracyjnego w Londynie - agent wywiadu brytyjskiego".
W sumie to nic nowego. Bolszewickie służby specjalne zawsze grały w takie gry. Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych szerokiej publiczności znany jako NKWD, praprzodek dzisiejszej Służby Wywiadu Zagranicznego, taśmowo fabrykował szpiegów, jako surowca używając choćby własnych szefów.
Przecież Gienrich Jagoda, komisarz spraw wewnętrznych, gdy popadł w niełaskę Stalina, został rozstrzelany jako agent Niemiec. Jego następca i kat, zwany słusznie "krwawym karłem", Nikołaj Jeżow znalazł się z woli Stalina pod "stienką" za szpiegostwo na rzecz Wlk. Brytanii. Kolejny w tej galerii zbrodniarzy z Łubianki Ławrentij Beria swoją kulę w potylicę otrzymał z rozkazu kolegów z Biura Politycznego, również jako szpieg brytyjski.
Minęły lata, a metody zostały te same - czekiści robią obcych agentów z ludzi uznanych za wrogów Stalina.
Ale Służba Wywiadu Zagranicznego dopuściła się jeszcze jednego fałszerstwa historii. Na liście osób, o których mówi wyprodukowany przez nich film, znalazł się także Józef Stalin. Przedstawiono go jako "Głównodowodzącego, Przywódcę ZSRR". A gdzie dopisek "agent ochrany"? Przecież na to, że "przywódca" był donosicielem tajnej carskiej policji, akurat są dowody - choćby pismo płk. Aleksandra Jeremina, który 12 czerwca 1913 r. informował o tym swego podwładnego rotmistrza Aleksieja Żelezniakowa.
Źródło: Gazeta Wyborcza