http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Lżej nam będzie umierać

Marcin Kowalski
2009-09-01, ostatnia aktualizacja 2009-08-31 00:00

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Westerplatte" w reżyserii Stanisława Różewicza z 1967 r.
Fot. Pat

Nigdy się nie kłócili. Mało rozmawiali o wojnie i to im pozwalało ze sobą wytrzymać - o tym, jak doszło do pojednania obrońców Westerplatte z Niemcami z krążownika "Schleswig-Holstein", opowiada Tadeusz Kreps, prezes stowarzyszenia Misja Pojednania.

Pancernik Schleswig-Holstein
Fot. www.westerplatte.org
Pancernik Schleswig-Holstein
Westerplatte, 1 września 1999, Tadeusz Kreps prowadzi Martina Menzla, który służył na okręcie ''Schleswig-Holstein''
Fot. Piotr Mazur / Agencja Gazeta
Westerplatte, 1 września 1999, Tadeusz Kreps prowadzi Martina Menzla, który...
ZOBACZ TAKŻE
Marcin Kowalski: Ilu żyje obrońców Westerplatte?

Tadeusz Kreps*: Trzech, wszyscy już po 90. Jan Lelej w Ostródzie, Ignacy Skowron w Kielcach i Władysław Stopiński w Lipowym Polu k. Skarżyska Kamiennej. Tego ostatniego odwiedziłem w maju. Ma kłopoty z pamięcią, ale przyjął mnie w galowym mundurze.

Odwiedza pan też niemieckich marynarzy ze "Schleswiga-Holsteina"?

- Żyje dwóch, kontakt mam z jednym, Karlem Dolwezzelem. Byłem u niego w czerwcu. Schorowany, ledwo mnie poznał. Dwa razy w roku składam wiązankę na grobie Martina Menzela, celowniczego ze "Schleswiga". To on wystrzelił pierwszy pocisk w kierunku Westerplatte, tym samym rozpoczął II wojnę światową. Spoczywa w Bad Pyrmont.

Dlaczego pan to robi?

- Przyjaźniłem się z tymi ludźmi. Nauczyli mnie, że można pokonać nawet największe uprzedzenia. Że przebaczenie nie ma granic. Od 20 lat prowadzę stowarzyszenie Misja Pojednania. Ta nazwa zobowiązuje.

Jak pan ich poznał?

- W 1988 r. byłem dyrektorem ciechocińskiego sanatorium Gracja. Prasa pisała, że westerplatczycy żyją w nędzy, są prześladowani. To poruszyło rzemieślników z Ciechocinka, zrobili składkę. Nawet dzieci z miejscowej podstawówki oddały część kieszonkowego. Dwóch weteranów - Stanisław Trela i Wiktor Białous - przyjechało im podziękować. Nauczycielka szukała kwatery, a dyrektorzy sanatoriów, kiedy dowiadywali się, dla kogo nocleg, odmawiali. Ja się zgodziłem. Mieli być w Gracji jedną noc, zostali siedem.

Dlaczego?

- Opowiadali, ja słuchałem z zapartym tchem. Jak Białous został po wojnie wywieziony do łagru pod Workutą. Jak ubecy zakatowali lekarza z Westerplatte Mieczysława Słabego. Jak Trela w latach 50. dostał karę śmierci za zdradę państwa. Jak w latach 70. skrzyknęli się w kilku i chcieli dotrzeć na wrześniowe obchody na Westerplatte. Ruszyli w nocy pieszo, podjechała milicja. Powiedzieli, że są żołnierzami, chcą zapalić świeczkę na grobach kolegów. Milicjanci wywieźli ich 50 km od Gdańska, wysadzili w środku lasu i dali zakaz zbliżania się do pomnika na odległość 10 km. To przez te opowieści postanowiłem uczynić z Gracji miejsce, w którym będą czuli się jak w domu.

Sanatorium było państwowe. Co na ten pomysł zwierzchnicy?

- Podlegałem szefowi związku zawodowego transportowców. Powiedział: "Żebym nie dopłacał do tego ani złotówki". Zrobiłem zbiórkę. Ludzie dawali pieniądze, pod warunkiem że nikt się nie dowie. Bali się. To dla mnie jedna z większych zagadek PRL-u. Dlaczego władza ludowa zrobiła tak wiele, żeby westerplatczyków okryć hańbą?

Co odpowiadali sami żołnierze?

- Kiedy już przekonali się do Ciechocinka i zaczęli regularnie bywać w Gracji, nie prowadziliśmy takich dyskusji. Przeszłość wisiała w powietrzu, czułem to, ale sanatorium było miejscem, w którym rozmawiali o wnukach, o roślinach w ogródku, o sporcie. Reperowali zdrowie i odpoczywali. Tańczyli na dancingach, zwiedzali Toruń. Jak to kuracjusze. Zapewniałem darmowe turnusy i dla żołnierzy, i dla ich najbliższych. Na początku lat 90. przyjeżdżało 50-60 osób. Z biegiem lat ta liczba się zmniejszała. Dziś ja jeżdżę do nich.

A skąd w Gracji wzięli się żołnierze niemieccy ze "Schleswiga-Holsteina"?

- Nieformalnym kapelanem westerplatczyków był proboszcz ciechocińskiej parafii ks. Antoni Owczarek. Przyjaźnił się z niemieckim kapłanem Johannesem Ghermannem, który w latach okupacji spędził dzieciństwo w sąsiedniej wiosce. Jego ojciec był komendantem hitlerowskiej policji, katolikiem. Przychodzili modlić się do Ciechocinka.

Po upadku komuny ks. Ghermann odwiedzał Kujawy i pierwsze kroki kierował do ciechocińskiego kościoła. Nasz proboszcz w 1992 r. poprosił mnie, żebym go przenocował. Ks. Ghermann okazał się wspaniałym rozmówcą, zaprzyjaźniliśmy się.

W styczniu 1993 r. ks. Owczarek nagle umiera. Nad trumną w imieniu westerplatczyków przemawia Wiktor Białous. Słucha go ks. Ghermann. Mówi do mnie: "Nie wiedziałem, że Antoni opiekował się żołnierzami z Westerplatte. Tak jak ja. Jestem kapelanem weteranów niemieckiej marynarki wojennej". Po pogrzebie sami westerplatczycy zaproponowali Johannesowi, żeby przywiózł do Ciechocinka swoich podopiecznych. Pierwszy powiedział to Białous. Kilka miesięcy później w kościele ks. Owczarka doszło do symbolicznego pojednania westerplatczyków z żołnierzami ze "Schleswiga-Holsteina". Martin Menzel podał rękę Stasiowi Treli.

Ta msza budziła wśród samych westerplatczyków wiele kontrowersji. W kościele był obecny tylko Trela. Dlaczego nie przyszli pozostali?

- Gest Treli był wielkim sukcesem. Pokazał, jak wygląda przebaczenie. Pozostali nie przyszli, bo byli buntowani. Nie chcę przy okazji rocznicy do tego wracać i wyciągać brudów sprzed lat. Wokół westerplatczyków zawsze kręciły się osoby próbujące nimi manipulować, zawłaszczać ich dorobek. Ważne są dalsze wydarzenia. Od czasu tej mszy do Gracji przyjeżdżali nie tylko westerplatczycy, ale i niemieccy kombatanci. Już bez jupiterów i kamer podawali sobie ręce. Praktycznie wszyscy, którzy żyli.

Jak wyglądały te ciechocińskie rozmowy Polaków i Niemców?

- Nigdy się nie kłócili. To byli różni ludzie, często prości, w podobnym wieku. Mało rozmawiali o wojnie i to im pozwalało te kilka dni ze sobą wytrzymać. Modlili się wspólnie, nawet bawili. Może to nie były przyjaźnie, ale koleżeńskie stosunki na pewno.

Co dalej z Misją Pojednania?

- Misja jest spełniona. 1 września 1999 r. Martin Menzel przeprosił na Westerplatte kombatantów i naród Polski. Mówił po niemiecku, ja tłumaczyłem to na polski. Dwa lata później, kiedy umierał, wyznał, że jest mu lżej, bo choć ciężar odpowiedzialności za wystrzelenie pierwszego pocisku w II wojnie światowej przygniatał go całe życie, to przeprosiny przyniosły ulgę. Nasi kombatanci wypowiadali się w podobnym tonie. Często od nich słyszałem: "Lżej nam będzie umierać, bo wybaczyliśmy". Dla takiego zdania warto było poświęcić 20 lat życia. Dopóki wystarczy mi sił, będę odwiedzał żołnierzy z Westerplatte. Tych z obu stron frontu.

*Tadeusz Kreps - rocznik 1940. Pochodzi z Łowicza. Od 1973 r. do dziś dyrektor sanatorium Gracja w Ciechocinku. Założyciel i prezes stowarzyszenia Misja Pojednania. W 1990 r. doprowadził do wręczenia rodzinom 48 zmarłych w latach 1939-90 obrońców Westerplatte Krzyży Kawalerskich Virtuti Militari nadanych przez prezydenta Mościckiego w trzecim dniu wojny. W 1998 r. z inicjatywy Krepsa w Rembertowie spotkało się ponad 400 kombatantów z Polski i wszystkich krajów sąsiedzkich. Z okazji 70. rocznicy wybuchu wojny złożył pod pomnikiem Westerplatte wieniec w imieniu Misji Pojednania z szarfami w barwach narodowych Polski, Niemiec i Rosji.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':