http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Po czym poznamy koniec kryzysu?

Wojciech Orliński, Witold Orłowski
2009-08-30, ostatnia aktualizacja 2009-08-30 22:55

Ciągle słyszę, że ktoś mi mniej zapłaci - albo więcej ode mnie zażąda - bo "kryzys". Podejrzewam, że ci ludzie będą przeciągać to w nieskończoność, nawet kiedy kryzys się już skończy. Co mógłbym uznać za taki twardy dowód na to, że kryzys się skończył, żebym mógł to wykorzystać jako argument w negocjacjach?

Ciągle przeżywamy echa kryzysu finansowego
Ciągle przeżywamy echa kryzysu finansowego
No tak, ma Pan rację. Kryzys to dobre wyjaśnienie wszystkiego. Firmy zwalniają ludzi - "bo kryzys". Tną koszty - "bo kryzys". Mniej płacą - "bo kryzys". Wiele firm wykorzystuje kryzys po to, by przeprowadzić zmiany, których w normalnych czasach po prostu nie dałoby się dokonać. Choćby zwolnić najsłabszych pracowników, za którymi w normalnych czasach stanęłaby murem cała reszta załogi, albo obciąć pewne koszty, których dotknięcie w normalnych czasach spowodowałoby natychmiastowy strajk.

Na pytanie, po czym poznać, że kryzys się skończył, przychodzi mi do głowy bardzo prosta odpowiedź. Po prostu po tym, że wszyscy uwierzą, że się skończył. Musi Pan bowiem pamiętać, że kryzys nie jest zjawiskiem o charakterze statystycznym, ale raczej psychologicznym.

Kryzys to przede wszystkim masowe załamanie się nastrojów i wszechogarniająca fala pesymizmu. Innymi słowy, kryzys nie tkwi we wskaźnikach statystycznych, ale w naszych głowach. To oczywiście przekłada się łatwo na działania ludzi i firm. Konsumenci, obawiając się utraty pracy lub części zarobków, ograniczają swoje zakupy, firmy ograniczają inwestycje, banki ograniczają kredyty, popyt rynkowy spada, produkcja też.

Jest to oczywiście rodzaj samospełniającej się prognozy: skoro spada produkcja, wychodzi na to, że ludzie całkiem słusznie bali się o swoje miejsca pracy, a firmy słusznie zrezygnowały z zakupu nowych maszyn. Oczywiście nie oznacza to, że kryzys jest tylko ułudą i że wystarczy, że wszyscy umówimy się, że go nie ma, by zniknął. Głęboki pesymizm, który ogarnia producentów i konsumentów, ma z reguły swoje realne przyczyny.

Rozumiem, że ta odpowiedź Pana nie satysfakcjonuje. Chciałby Pan ustalić, czy istnieją wskaźniki ekonomiczne, które z wyprzedzeniem poinformowałyby o tym, że najgorsze już przeszło. Twarde dowody, które pozwoliłyby rozwiać obawy dyrektora finansowego, który nie chce zwiększyć Pańskiego wynagrodzenia, zasłaniając się kryzysem.

Trochę takich wskaźników oczywiście istnieje. Po to, aby zrozumieć, które z nich pokazują poprawę z wyprzedzeniem, a które nie, warto zastanowić się nad tym, w jaki sposób koniec kryzysu może objawić się na rynku.

Wyobraźmy więc sobie, że znajdujemy się na samym dnie kryzysu. Popyt rynkowy jest bardzo niski, inwestycje stanęły w miejscu, panuje wysokie bezrobocie. Nastroje firm i konsumentów są fatalne. W tym jednak momencie pojawiają się pierwsze symptomy poprawy, a popyt zaczyna się nieśmiało zwiększać.

Jako pierwsi niewielkie ożywienie zauważą ci, którzy znajdują się najbliżej rynku. Sprzedawca w sklepie, właściciel hurtowni, pracownik odpowiedzialny za sprzedaż. Na całym świecie lubi się uważnie patrzeć na tzw. indeksy PMI - wyniki ankiet prowadzonych systematycznie wśród dyrektorów handlowych firm, dotyczących zwłaszcza nowych zamówień i poziomu zapasów. To, że indeks wskazuje poprawę, nie gwarantuje oczywiście, że kłopoty są już z głowy, ale może być wczesnym sygnałem poprawy.

Kiedy firmom zaczynają powoli spadać zapasy, zaczynają z czasem zwiększać produkcję. Wzrost produkcji odnotowują zarówno badania ankietowe, jak i oficjalnie publikowane dane statystyczne. Jeśli następuje on po wcześniejszych sygnałach możliwego wzrostu (np. jakiś czas po wzroście wartości indeksu PMI), mamy już podstawy sądzić, że sytuacja zaczyna poprawiać się na dobre. Zdecydowana większość konsumentów i firm nadal jednak nie jest wcale tego pewna, więc rosnącym wskaźnikom produkcji towarzyszą nadal kiepskie nastroje i powszechne odczucie, że kryzys jeszcze w pełni trwa.

Jeśli jednak wzrost sprzedaży trwa nadal, rosną zyski, a firmy z czasem zaczynają mieć kłopoty z nadążeniem z produkcją. Zaczyna się więc bardzo ostrożne zatrudnianie na nowo pracowników, a bezrobocie najpierw stabilizuje się, a potem zaczyna powoli spadać. Jednocześnie niektóre firmy zmuszone są rozejrzeć się za nowymi maszynami, bo z pomocą starych nie daje się już więcej produkować. Rozpoczyna się proces wzrostu inwestycji. A kiedy już bezrobocie zaczyna spadać, a inwestycje rosnąć, jest pewne, że kryzys minął.

Jak więc Pan widzi, symptomów, które z wyprzedzeniem wskazywałyby na to, że kryzys mija, nie jest wcale tak mało. Póki jednak nastroje nie ulegną powszechnej poprawie, dyrektor finansowy stale będzie odpowiadać, że musi mniej płacić, bo jest kryzys!

PS Indeksy PMI na świecie od kilku miesięcy sugerują nadchodzącą poprawę.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':