Raj jest blisko. I ja wiem, jak wygląda. Ale czytajmy dalej, wszystko się z czasem wyjaśni.
Muszę zastrzec. Zanim zabrałem się do tego tekstu, jak wygląda obecny raj, nie wiedziałem. Nie wiedziałem też, co sprawia, że raj jest rajem (nie, to nie skrzydełka i harfy). Raj można sobie natomiast z grubsza wyobrazić. Wygląda mniej więcej tak: to dom opleciony dzikim winem. Stary, tak, bardzo stary. W oknach się świeci . W fotelu śpi kot, w kącie uśmiecha się pies. I może jeszcze coś w stodole. Koza, może krowa? Tak.
Przy stole siedzą rodzina i przyjaciele. W różnym wieku. Ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, nie ma przecież obowiązku siedzenia. Może wyjść, nikt się nie obrazi. Ktoś nawet czyta sobie książkę - dlaczego nie. Skoro ma ochotę.
Na kuchni coś się smaży. Wszystko jedno co, grunt, że pięknie pachnie. Tak.
Uwaga główna: żeby to zadziałało, wszyscy muszą chcieć tu siedzieć, przy tym stole. I jeszcze coś. Ale o tym później. Tak.
Garść niezbędnych nudnych szczegółów Książka zatytułowana jest "Dom nad rozlewiskiem". Autorka nazywa się Małgorzata Kalicińska i prosi, żeby ją nazywać Małgosią. Małgosią K. Tak. Książka sprzedała się w 200 tys. egzemplarzy. Ma jeszcze sequel i prequel sprzedane w prawie tak samo imponującym nakładzie.
Od trzech lat bez przerwy na liście bestsellerów, co dowodzi, że Polacy zakochali się w tej książce bez pamięci.
Komentarze w internecie jak to komentarze: 90 proc. zachwyconych czytelników prosi o jeszcze, 10 proc. narzeka, że to chała nie z tej ziemi, czyli standard.
Krytycy jak to krytycy: nie zajmują się książką, bo to literatura kobieca, czyli właściwie nie książka, ale produkcyjniak. Czyli standard.
Na okładce zachęcające zdanie od wydawcy. Polski "Rok w Prowansji". I temu można się przyjrzeć bliżej, bo o Peterze Mayle'u prawie wszyscy zdążyli zapomnieć i właściwie to na jego książkach można by teraz pisać: angielski "Dom nad rozlewiskiem".
Nie ukrywajmy, pokrewieństwo jest bliskie. Peter Mayle pracował w agencji reklamowej, Małgosia K. też. Peter Mayle rzucił robotę lub ona jego. Małgorzata Kalicińska też. P.M. postanowił zmienić życie i miejsce zamieszkania. M.K. też. P.M. opisywał życie w swoim nowym domu, słodkie farniente. M.K. też. P.M. w Prowansji, a M.K. nie. Dolce vita miało miejsce na Mazurach - w miejscu ściśle określonym, kilka kilometrów od Pasymia, trzeba skręcić przy brzózkach, dojść do rozlewiska i tam stoi Dom.
Różnica jest jeszcze jedna. Peter Mayle opisywał siebie - Petera Mayle'a, który jedzie do Prowansji, zmaga się z hydraulikiem, odkrywa knajpkę, wścieka się na listonosza, sączy
wino i w zasadzie mimo dziwnych zwyczajów miejscowych żabojadów wzdycha, że jest cudnie.
Małgosia K. opisuje Małgosię, która jako bohaterka powieści jest postacią wymyśloną (ale o tym później). Ta Małgosia też pracuje w agencji reklamowej, też ma córkę, też rozwodzi się z mężem, też znajduje azyl na Mazurach, też jeździ półciężarową toyotą - ale Małgosia K. zdecydowanie zaprzecza, żeby miała coś wspólnego z tą Małgosią literacką. Powiedzmy więc, że istnieją dwie bardzo podobne, ale nie identyczne Małgosie.
Ta pierwsza - Małgosia K. - napisała książkę, a ta druga Małgosia po prostu w niej występuje.
Prawdziwa Małgosia K. prowadzi agencję reklamową (kilka lat temu). Agencja kupuje stary dom koło Pasymia. Otwiera ośrodek szkoleniowo-konferencyjny, przenosi się na Mazury, remontuje, buduje, wsiąka w wioskę. Wsiada w szlafroku do samochodu i zajeżdża do miejscowego sklepiku. Sama też jest prawie miejscowa.
Wpada na pomysł, żeby otworzyć zoo. Takie małe. Tak.
Widzi ogłoszenie o sprzedaży konia. Przyjeżdża, ogląda, mówi właścicielowi, że kupi.
- To niech pani go ładuje - mówi chłop.
- Gdzie? - dziwi się Małgosia K.