http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Słodki Bangkok

Jolanta Grabowska
2009-08-30, ostatnia aktualizacja 2009-08-29 12:00

Nikt nie bluzga. Kto się nie uśmiecha, nie ma tutaj życia

Sławomir Gołaszewski
fot. Jolanta Grabowska
Sławomir Gołaszewski
ZOBACZ TAKŻE
Sławomir Gołaszewski, 43 lata, szef cukierni w hotelu, od pięciu lat w Tajlandii:

- Jak opieprzam pracowników, mówię spokojnie i cicho. Uśmiecham się. Cokolwiek by pracownik źle zrobił, obracam całą sytuację w żart.

Kiedy przyjechaliśmy do Bangkoku, znajomi z polskiej ambasady poradzili, żeby nie krzyczeć na Tajów, nie pokazywać nerwów, akceptować wszystko tak, jak oni to robią. To jest kraj, gdzie prawie wszystko wolno, oprócz narkotyków i obrazy króla Bhumibola - więc na temat króla, w ogóle całej królewskiej rodziny, lepiej za dużo z nimi nie rozmawiać.

I najważniejsze: kto się nie uśmiecha, nie ma tutaj życia.

Jeśli ktoś jest chamem - będą robić na przekór, oczywiście nie powiedzą, że czegoś nie zrobią, ale specjalnie schrzanią poza oczami. I później kto winny? Szef, bo nie dopilnował.

Wykańczający jest tylko ten jeden dzień wolnego. Bo czy wychodzę po 11, czy po 13 godzinach, to i tak następnego dnia idę do pracy. Wolne biorę, jak jest mniej roboty. Trudno, żebym na przykład wczoraj wziął wolne, kiedy było wesele na dwa tysiące osób, bo pracownicy patrzą tutaj na szefa pod każdym kątem.

Tak, tu są takie wesela. Zapraszają wszystkich - kolegów, koleżanki z pracy, znajomych, z ulicy, pięć, sześć godzin i do domu. Jak za jedzenie płaci się 20 dolarów za osobę, a do koperty wkładają po 50, to im więcej gości, tym więcej pieniędzy tym młodym wpadnie.

Jak skończył mi się kontrakt w Seulu, wysłałem sto CV, po całej Azji i do Stanów, i do Australii - i każdy je odrzucał, no bo jak to: żeby Polak szefem cukierni? Przeważnie chcą Niemca, Francuza, Austriaka, Anglika.

Dostałem się do hotelu Conrad (to jest wyższa półka Hiltona) i żeby pokazać się od jak najlepszej strony, na pierwsze Boże Narodzenie zrobiłem trzymetrową lokomotywę z samej czekolady. Potem z moją ekipą wygraliśmy mistrzostwa Tajlandii na najpiękniejszy tort weselny. Żona ciosała mi kołki na głowie, bo wracałem do domu i o pierwszej, i o drugiej w nocy.

Wcześniej wyrzucili czterech szefów cukierni z krajów wyżej wymienionych, żaden nie utrzymał się dłużej niż siedem miesięcy. Ja przepracowałem tam trzy i pół roku.

Jak ostatnio zmieniałem pracę, miałem dwie oferty: z Intercontinentalu i z takiego lokalnego Dusit Thani (mają hotele w Tajlandii, na Filipinach i Bliskim Wschodzie). Wybrałem ten lokalny. W Intercontinentalu jedna rzecz mi nie pasowała: proponowali wyżywienie dla całej rodziny, ale mniej do wypłaty. Córka od sierpnia zaczęła zarządzanie międzynarodowe na Western University w Hua Hin, zostaniemy z żoną we dwoje, to ja wolę więcej pieniędzy, bo studia kosztują, i to dużo: około 15 tysięcy dolarów rocznie, a z wyżywieniem to sobie jakoś poradzimy, tym bardziej że tu nie jest drogo.

Ceny są wystawione tylko w wielkich centrach handlowych: Tesco, Carrefour, poza tym ceny się negocjuje i jak ktoś nie jest zorientowany, to może przepłacić i 20 razy.

Powinienem co dwa, trzy lata zmieniać pracę, żeby uczyć się czegoś nowego. Wciąż się dokształcam: ściągam dużo książek ze Stanów, Australii, bo jakbym stanął w miejscu, to długo bym tu nie popracował. Między innymi dlatego wyjechałem z kraju - nie widziałem już dla siebie drogi rozwoju.

Jak wrócę do Polski, to planuję otworzyć w Warszawie coś własnego. Pokazałbym, że te pączki i napoleonki to nie wszystko.

Nie uważam się za jakiegoś aj-waj człowieka - ja jestem zwykły cukiernik, skończyłem technikum na Majdańskiej na Grochowie. Przyjeżdżam tu teraz na urlop: wszyscy zabiegani, zestresowani, nikt na nic nie ma czasu, mnie to drażni.

Tu wszystko jest powoli, ale zrobione na czas. Cała Azja jest taka: pracują wolniej niż my, ale to spowodowane jest temperaturą.

W Tajlandii szybkość nie jest ważna - ważny jest samochód. Jak jadę rano taksówką do pracy, to 99,9 proc. Tajów siedzi za kółkiem, ale nie mają żadnych pasażerów. Włączy klimę, muzyka gra i tak ma być. Co z tego, że kolejką dojechałby szybciej i nie stał tylu godzin w korkach? Im większy, lepszy samochód, tym wyższy status społeczny. Rudera, z okien się sypie, a pod domem stoi żółciutki „garbusik”. Jak ktoś ma rozwalającą się chałupę, a jeździ nowiutkim volkswagenem, to koledzy widzą go jako człowieka bogatego, bo tutaj do domu się nie zaprasza, chyba że już takich znajomych, że ach i och.

Samochodów jest multum, no multum. Do tego jeszcze te skuterki, niesamowity ruch na ulicach, korki, jeden drugiemu zajeżdża drogę, nie używają kierunkowskazów i nikt nie bluzga - każdy z uśmiechem na twarzy.

Dla mnie to jest ewenement! Ile tutaj łamią przepisów! Ale wypadków dużo nie ma, chociaż jeżdżą na grubość lakieru.

Dostaję wypłatę: 6 tysięcy dolarów miesięcznie, pieniądze na mieszkanie i nic mnie już nie obchodzi. Pracodawca płaci podatki - pracownik żadnych.

Źródło: Duży Format
  • 14 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    63 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':