Sąd apelacyjny, podobnie jak wcześniej sąd okręgowy, niezwykle szeroko zakreślił granice swobody wypowiedzi. Za dopuszczalne w debacie publicznej uznał de facto kłamstwo, pomówienie i działanie z zamiarem dokuczenia osobie, o której się mówi.
Kwestionowane w pozwie wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego nie miały elementu rzeczowości ani rzetelności. Jedynie obrażały i poniżały. Porównując "Gazetę Wyborczą" do stalinowskiej "Trybuny Ludu" i wyrażając przypuszczenie, że Agora (i inne firmy medialne) musi pozostawać w związkach z postkomunistyczną oligarchią - Kaczyński dopuścił się niegodnej insynuacji.
Bronił się tezą, że ma pełne prawo do tego typu "intelektualnych spekulacji" i że nie można wymagać żadnych dowodów na ich poparcie.
Skoro tak, to równie uprawnione byłoby porównanie Kaczyńskiego np. do faszysty, a za równie dopuszczalną "intelektualną spekulację" można by uznać przypuszczenie, że ma on związki np. z mafią. Tak skrajne konsekwencje rodzi ten wyrok.
Wypada zatem mieć nadzieję, że wyznaczy on standard - także wówczas, gdy pozwane są media. Skoro politykowi wolno wypowiadać się tak ostro i nierzeczowo, to również media winny mieć prawo do bezpardonowej, obraźliwej krytyki polityków - bez żadnych podstaw faktycznych. Mimo że jest to nieetyczne.
Niestety, dotychczasowa praktyka dowodzi, że media przegrywają wiele spraw o zniesławienie. Pozwala im się na znacznie mniej, niż w tej sprawie pozwolono Kaczyńskiemu, i wymaga się od nich dowodów oraz niezwykle wyśrubowanych standardów staranności.
Media działają w istotnym interesie społecznym, zapewniając obywatelom informacje na temat spraw publicznych. Jeżeli wczorajszy wyrok stanie się praktyką we wszystkich sprawach dotyczących swobody wypowiedzi, to - pomimo porażki jednej gazety - będzie w istocie zwycięstwem wszystkich mediów na przyszłość. Będzie bowiem oznaczał istotne poszerzenie granic dopuszczalnej krytyki prasowej.
Źródło: Gazeta Wyborcza