Piotr Bojarski, Włodzimierz Nowak: Rosyjska Służba Wywiadu Wojskowego zapowiadała, że 31 sierpnia przedstawi zbiór dokumentów, które pokażą, że II Rzeczypospolita współpracowała z III Rzeszą przeciwko ZSRR. W ostatniej chwili publikacja została odłożona. Co mogą pokazać Rosjanie? Doc. dr hab. Stanisław Żerko: Nie spodziewam się niczego, co kazałoby nam zrewidować dzieje stosunków polsko-niemieckich w latach 30. Materiały z archiwów polskich i niemieckich zostały bardzo dokładnie przebadane przez trzy pokolenia historyków z wielu krajów. Znaczna część dokumentów polskich i niemieckich została zresztą opublikowana. Akta niemieckie są powszechnie dostępne od kilkudziesięciu lat. Od kilku lat Polski Instytut Spraw Międzynarodowych wydaje obliczoną na ponad 70 tomów serię "Polskie dokumenty dyplomatyczne 1918-1989", w ramach której ukazało się już kilka woluminów do dziejów polskiej dyplomacji w latach 30. A część doniesień wywiadu radzieckiego o rozmowach polsko-niemieckich wydano już w ZSRR w czasach Breżniewa i żadnych rewelacji tam nie było.
Problem leży raczej w interpretacjach. W tej kwestii panują różnice także pomiędzy polskimi naukowcami, bo polityka zagraniczna II Rzeczypospolitej stanowi bardzo złożony problem badawczy. Ja na przykład sprzeciwiam się idealizowaniu dyplomacji Józefa Becka i uważam, że w okresie kryzysu sudeckiego 1938 r. Polska - realizując antyczeską politykę - posunęła się w konsultacjach z Niemcami zbyt daleko. Generalnie jednak trzeba pamiętać, że Warszawa nigdy nie zgodziła się na zawarcie z Rzeszą jakiegokolwiek porozumienia zwróconego przeciwko ZSRR. Wręcz przeciwnie: kryzys w stosunkach polsko-niemieckich nastąpił w 1939 r. właśnie dlatego, że Polska nie skorzystała ze "wspaniałomyślnej oferty Führera" proponującego Rzeczypospolitej antyradziecki sojusz. Innymi słowy, Polska została przez Hitlera zaatakowana dlatego, że nie zgodziła się uderzyć z Niemcami na wschód.
Aż do marca 1939 r. Niemcy prowadzili z Polską grę, a Hitler wcale o wojnie z nami nie myślał. - Musimy się cofnąć o kilka lat, do 1934 roku. W rok po dojściu Hitlera do władzy, 26 stycznia 1934 r., Polska i Niemcy podpisały deklarację o nieagresji. Odprężenie w stosunkach polsko-niemieckich, dotychczas wręcz wrogich, było zaskoczeniem dla całego świata. Hitler uczynił to ze względów taktycznych, gdyż pozowanie na polityka pokojowego pozwalało mu zyskać czas na umocnienie reżimu i budowę armii. Strona polska uznała zaś, że bezpośredni dialog z Berlinem będzie remedium na widoczne we Francji i w Anglii tendencje ugodowe wobec Niemiec. Nazwano to w Warszawie "linią 26 stycznia".
Po pewnym czasie Hitler doszedł do wniosku, że Polska mogłaby zająć jakieś miejsce w zdominowanej przez Rzeszę Europie - pod warunkiem, że opowie się całkowicie po stronie Niemiec. Już na początku lat 20. sformułował program, którego się konsekwentnie trzymał także po dojściu do władzy. Chciał zbudować w Europie Środkowo-Wschodniej imperium niemieckie na gruzach ZSRR. Początkowo zakładał, że jego sojusznikami w tym dziele będą
Włochy i
Wielka Brytania, a po podpisaniu deklaracji o nieagresji z Polską uznał, że w gronie tym może się znaleźć także i Rzeczypospolita. Hitler doceniał rolę odegraną przez Polskę w 1920 roku, a Piłsudskiego podziwiał.
Skąd to wiemy? - Choćby z zapisów w dziennikach Goebbelsa. Zresztą, we wrześniu 1939 r. kazał wystawić warty honorowe przed kryptą św. Leonarda na Wawelu, gdzie spoczywają szczątki Piłsudskiego.
W każdym razie w początkach 1935 r. hitlerowscy dygnitarze zaczęli już otwarcie składać Polsce propozycje wspólnej wyprawy na ZSRR. Specjalizował się w tym Hermann Göring, wówczas człowiek numer dwa w Rzeszy. Raz Göring proponował Polsce jako łup Białoruś, innym razem Ukrainę. Piłsudski oznajmił Göringowi wprost, że Polska chce żyć z ZSRR w pokoju. Ale Niemcy ponawiali oferty. Na przykład Hans Frank, późniejszy generalny gubernator okupowanej Polski, mówił w 1936 r. w Warszawie, że Polska i Niemcy razem to 100-milionowy kolos, któremu nikt w Europie się nie oprze. Goebbels w swym dzienniku zapisał w 1937 r., że najlepszym wariantem byłaby oś Berlin - Londyn - Rzym - Warszawa.
Polska traktowała jednak dobre stosunki z Niemcami wyłącznie jako rodzaj asekuracji. Fundamentem polskiej polityki zagranicznej pozostawało przymierze z Francją, lecz Paryż niezbyt troszczył się o żywotny interes sojusznika. Dodatkowo Beck szukał zbliżenia z Wielką Brytanią, chociaż zdawał sobie sprawę z siły polityki appeasementu (ugłaskiwania). Minister Beck powiedział w 1935 r. do swego zastępcy Jana Szembeka, że gdyby nie deklaracja z 1934 r., to "sprzedano by nas za 2 funty 13 szylingów". W obliczu ugodowych wobec Niemiec tendencji na Zachodzie Beckowi nie pozostawało nic innego jak lawirowanie między mocarstwami i dbanie o odprężenie w stosunkach z Berlinem. To była prawdziwa akrobatyka.
Dlaczego Hitlerowi tak zależało na Polsce? - W ramach koncepcji appeasementu Brytyjczycy gotowi byli zaakceptować wcielenie Sudetów do Niemiec, włączenie Gdańska, a nawet korektę granicy polsko-niemieckiej na drodze pokojowej. Natomiast nie chcieli dać Hitlerowi wolnej ręki na kontynencie, gdyż zdawali sobie sprawę, że zgoda na budowę imperium niemieckiego we wschodniej Europie oznaczałaby na dłuższą metę akceptację hegemonii Rzeszy w świecie. Pod koniec 1937 r. Hitler już zrozumiał, że Londyn sprzeciwi się jego dalekosiężnym projektom. Appeasement go nie zadowalał. Uznał zatem, że przed wyprawą na Wschód konieczna będzie rozprawa z Wielką Brytanią i Francją. Polsce przypisał więc nowe zadanie: podczas niemieckiego ataku na Francję Wojsko Polskie miało osłaniać niemieckie tyły na wypadek, gdyby Rosjanie jakimś cudem zechcieli interweniować na rzecz mocarstw zachodnich. Polska miała więc - pośrednio - pomóc Hitlerowi w pokonaniu Francji. Dopiero później przyszłaby kolej na wojnę z ZSRR.
Tego rodzaju wariant był, znając polskie realia, zupełną fantazją. Rząd polski, który by przystał na coś takiego, nie utrzymałby się u władzy przez tydzień. Społeczeństwo, korpus oficerski, generalicja nastawione były antyniemiecko, a polityka Becka była w Polsce niepopularna. Marszałek Edward Rydz-Śmigły mówił, że choć w obliczu postaw defetystycznych na Zachodzie ,,linia 26 stycznia" jest znakomitym rozwiązaniem, to jednak Niemcom nie należy wierzyć. Uważał zresztą, że prędzej czy później dojdzie do wojny z Niemcami.
Ale w 1938 r. dla obserwatorów z zewnątrz było czytelne, że Polska współpracuje z Niemcami. - Tak, zwłaszcza w czasie kryzysu sudeckiego. To był punkt szczytowy zażyłych stosunków między Warszawą a Berlinem.
Czy Polska mogła pomóc uratować Czechosłowację? - Francuzi chcieli, byśmy ostrzegli Berlin, że w przypadku wojny Polska stanie po stronie Czechosłowacji i Francji. Oznaczałoby to jednak zrujnowanie stosunków polsko-niemieckich, a mocarstwa zachodnie i tak gotowe były przystać na okrojenie Czechosłowacji. Poza tym Polacy zapewniali Niemców, że nie przepuszczą przez swe terytorium Armii Czerwonej, gdyby Stalin zdecydował się na udzielenie pomocy Czechom. Jednak Warszawa poszła jeszcze dalej i zaangażowała się bardzo mocno przeciwko Czechosłowacji, konsultując się w tej kwestii ze stroną niemiecką. Żądanie włączenia Zaolzia było niezwykle poważnym błędem. Polska wyszła z kryzysu sudeckiego z opinią sojusznika hitlerowskiej Rzeszy, miała bardzo "złą prasę" w krajach demokratycznych. Wówczas to Hitler uznał, że należy wreszcie dokonać "generalnego uregulowania" stosunków z Polską. Stąd niemiecki pakiet propozycji przedstawiony przez Ribbentropa 24 października 1938 r.: włączenia Gdańska do Niemiec (choć Gdańsk był de facto niemiecki, w dodatku od 1933 r. rządzony przez nazistów) i poprowadzenia eksterytorialnego połączenia przez Pomorze Gdańskie. W zamian Niemcy gotowe były udzielić gwarancji dla granicy polsko-niemieckiej i przedłużyć pakt o nieagresji do 25 lat. Najważniejsze było co innego: Polska miałaby przystąpić do Paktu Antykominternowskiego oraz zobowiązać się do konsultowania polityki zagranicznej z Rzeszą.
Gdyby Polska przyjęła tę ofertę, nie byłoby już Poczty Polskiej w Gdańsku czy polskiej placówki wojskowej na Westerplatte? - Hitler "gwarantował" prawa polskie w Gdańsku. Polska miała nawet otrzymać eksterytorialne połączenie z portem w Gdańsku. Jakież by to jednak miałoby znaczenie? Eksterytorialna autostrada niemiecka przez Pomorze byłaby za to symbolem, że Polska godzi się na narzucenie sobie rozwiązań dotychczas w Europie niespotykanych.