http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Barbara Skarga o początku wojny

Z prof. Barbarą Skargą rozmawia Magdalena Środa
2009-08-31, ostatnia aktualizacja 2009-08-28 18:31

Byliśmy dumni z tego, co świadczyło o dobrym organizowaniu się państwa, mimo wszelkich oczywistych usterek i problemów. I nagle jednego dnia był koniec.


Fot. Adam Kozak / AG
ZOBACZ TAKŻE
1 września - co to był za dzień?

Barbara Skarga: Daty historyczne mają na ogół znaczenie symboliczne, emocjonalne tylko dla pewnych pokoleń. Ja należałam do pierwszego pokolenia urodzonego i wykształconego w wolnej Polsce. I nie ulega wątpliwości, że 1 września stał się dla nas dniem potwornej, niewyobrażalnej klęski. To był koniec Rzeczypospolitej, koniec niepodległego państwa. Świadomość tego końca nie przyszła jednak od razu. W Wilnie, gdzie mieszkałam, przyniósł ją dopiero 17 września, wejście bolszewickiej armii. Pierwsze areszty, pierwsze wiadomości o rozstrzeliwaniach. Wojna z Niemcami była natomiast daleko. Póki mówił Starzyński w radiu, nie zdawano sobie sprawy z tragicznego jej przebiegu, choć było tylu uciekinierów z Warszawy. Oni nie mieli wątpliwości, że wszystko potoczy się jak najgorzej.

Jakie to było pokolenie?

- Bardzo patriotyczne.

Jak wszystkie! Wszystkie wychowane na polskiej literaturze. Nie sposób nie być patriotą, gdy czyta się w kółko Mickiewicza i uczy o naszych heroicznych zrywach narodowych. I tak od zrywu do zrywu

- Nie. My byliśmy pierwszym pokoleniem, które było dumne nie tyle z niepodległości, co z państwowości. Byliśmy dumni z tego, co świadczyło o dobrym organizowaniu się państwa mimo wszelkich oczywistych usterek i problemów. W miarę sprawna administracja, policja, sądownictwo. Na Kresach Wschodnich, gdzie wtedy przebywałam, działało coraz lepiej zorganizowane szkolnictwo powszechne. Szkoły były polskie, zależne od polskich władz i programów nauczania, oczywiście od polskiego ministerstwa. Dumą była kolej, pociągi chodziły nadzwyczaj punktualnie. Kolejarz zresztą to był wtedy ktoś, kto cieszył się dużym prestiżem społecznym. Kolejny powód do dumy to COP, no i Gdynia. Nowy port. Tak więc niepodległość przeżywaliśmy nie tylko w kategoriach symbolicznych, ale i realnych, państwowych. Były oczywiście strajki, wojny na politycznej górze, ale to nas mniej dotykało, bardziej liczyły się konkretne osiągnięcia. Byliśmy państwowcami, a wojna znaczyła, że nie będzie polskiej administracji, polskiej policji, polskiego szkolnictwa, że zaczną zamykać polskie uniwersytety. Jak dawniej.

Ta optymistyczna wizja Polski niepodległej wynikała zapewne również z tego, że media funkcjonowały wtedy inaczej.

- Nie było prawie mediów. Nikt nie szukał sensacji. Szukało się opinii. Moje środowisko czytało głównie "Wiadomości Literackie", pismo krytyczne, ironiczne, otwarte, jak najdalsze od nacjonalizmu i ksenofobii. Byliśmy wychowani na Słonimskim, Tuwimie, Iwaszkiewiczu, skamandrytach. Przede wszystkim wielbiliśmy Boya, Brzozowskiego i Żeromskiego. Dzięki nim Polska budująca niepodległość potrafiła znaleźć dystans do siebie. Ja zawsze wychowywałam się w kręgu niechętnie nastawionym do narodowej demokracji, dmowszczyzny, my byliśmy piłsudczykowscy I nagle jednego dnia był koniec.

Dzisiejsza niepodległa Polska nie ceni sobie ani Boya, ani Żeromskiego zapomniała o Brzozowskim, a Dmowski stał się dla niektórych atrakcyjny.

- Można nad tym tylko ubolewać Ale wtedy zawalił się też inny świat. Świat życia codziennego. Opowiem pani anegdotę. Pamiętam, jak w roku 1938 latem spotkałam się z siostrą i przyjaciółkami z Uniwersytetu, robiłyśmy plany na następny rok i mówiłyśmy: "Co za nuda, znowu jakieś spektakle, premiery, jakieś książki, spotkania bale, krawcowe", i któraś z nas powiedziała: "Boże, żeby była wojna". Jak widać, byłyśmy bardzo naiwne.

Ta wojna tak strasznie zmieniła losy pani profesor. Gdyby nie ona, nie byłoby więzienia, obozu, PRL-u. Stoicy mówili, że należy zmieniać raczej siebie niż los, ale ten los było wyjątkowo okrutny. Nie wścieka się pani profesor, że tak się z panią obszedł? Nie ma pani żalu, nie buduje teodycei?

- Żal? Do kogo? Nie tylko we mnie wojna uderzyła.

Ale w panią profesor uderzyła jednak szczególnie, z innymi obeszła się łaskawiej.

- Nieprawda, wielu ludzi jeszcze więcej momentów tragicznych przeżyło. To były przecież tysiące.

Jak początek wojny wyglądał w Wilnie?

- Nic wielkiego się nie działo, kopaliśmy od połowy sierpnia jakieś rowy przeciwlotnicze, one do niczego potem nie posłużyły. Tego dnia gdzieś koło Wilna spadła jedna bomba, ktoś został zabity. Z biegiem jednak czasu i wydarzeń rosło napięcie. Zrodziła się świadomość, że po 20 latach wolności zostaliśmy znów zniewoleni.

A gdyby 1 września był normalnym dniem? Gdyby wojna nie zaczęła się?

- Pewno byłybyśmy, jak w tej anegdocie, rozczarowane. Mówiąc poważnie, wszystko zależałoby od rozwoju sytuacji, zwłaszcza od relacji Niemiec i Francji. Jeśli chodzi o Polskę, to nie jestem utopistką. Nie wiem, czy Polska poszłaby w dobrym kierunku. Był to bardzo złożony organizm i mojego poczucia dumy z rodzącej się państwowości nie można uogólniać. Rola Piłsudskiego, w którego wierzyliśmy, nie była jednoznaczna. Dyskusje wokół jego polityki trwały. Jedni twierdzili, że zamach stanu, który przygotował, zrodził się z lęku przed chaosem i anarchią, inni, że był osobowością despotyczną. Nie wiem.

A w Polsce były jakieś formy despotyzmu?

- Ja despotyzmu w Polsce nie zaznałam. Zwłaszcza na Kresach. Czuło się w niej wolność rozumianą nie tylko jako niepodległość, suwerenność, ale również jako wolność polityczną i osobistą. W wieku 16 lat zmieniłam religię i w szkole było to doskonale przyjęte. Rola Kościoła miała charakter bardziej prywatny i bardziej symboliczny, nie tak polityczny jak dziś. W Wilnie ludzie się oczywiście modlili, na wielkich uroczystościach bywał prymas, ale ja wtedy nawet nie za bardzo wiedziałam, kto był prymasem. Dopiero gdy Marszałek umarł i zaczął się spór z Kościołem o pochowanie go na Wawelu, zaczęłam orientować się w roli Kościoła i jego strukturze. Na Wschodzie ludność była bardzo zróżnicowana: Żydzi, karaimi, ortodoksi, muzułmanie, katolicy, protestanci, jak ja. Wszyscy jakoś ze sobą współistnieli. Tolerancja była większa niż teraz.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    32 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':