Ale kiedy wróciłem do Warszawy, zobaczyłem plakaty mobilizacyjne, żeby się stawiać w DOKP na Pradze. A następnego ranka tłumy młodzieży szły przez most, żeby zgłosić się do wojska. Ja też poszedłem, tylko że tam już był pusty gmach, żywego ducha nie było. No więc wróciłem z powrotem do domu, wieczorem położyłem się spać, a nad ranem przez
radio usłyszałem, że
Niemcy przekroczyli polską granicę. Podawano też namiary, współrzędne dla artylerii przeciwlotniczej. Pamiętam, że przez następne dni ludzie gadali: a to, że Niemcy zatrzymali się w Kutnie, a to, że Polacy odparli Niemców, a to że Niemcy zbliżają się do Warszawy, a to że linia obrony będzie na Wiśle. Tak to jest w czasie wojny - nie ma wiadomości, to zaczynają się najróżniejsze plotki.
Na apel pułkownika Umiastowskiego - razem z moją przyjaciółką Stasią i jej mężem Włodkiem - wyszliśmy z Warszawy i ruszyliśmy na Wschód. Szliśmy pieszo, w gęstym zwartym tłumie. Widzieliśmy samochody, którymi uciekała polska policja, a kiedy nadlatywały niemieckie bombowce, kryliśmy się w polu. Pamiętam, że chłopi dawali nam za darmo mleko i pajdy chleba. Doszliśmy prawie do Brześcia. Widzieliśmy już światła miasta, bo to było w nocy, ale powiedziano nam, że tam już są Niemcy, a też i Rosjanie. Bo z Brześcia Niemcy wycofali się ustępując Rosjanom. I Niemcy, i Rosjanie, to już było za dużo, więc ruszyliśmy z powrotem do Warszawy. Pierwszych Niemców zobaczyłem, zresztą z daleka, na rynku w Siedlcach. Wszyscy się ich bali. Chyba już wtedy było dla nas jasne, do czego jest zdolny niemiecki żołnierz.
A kiedy wróciłem do Warszawy państwa Lichtensztajnów, u których mieszkałem po śmierci mamy, nie było. Drzwi zastałem zamknięte, a klucza nie miałem. Później dowiedziałem się, że wyjechali do Wilna, skąd dzięki wizom konsula Sugihary via
Japonia dostali się do Ameryki. Niedługo potem na rogu Więziennej i Dzielnej spotkałem Abraszę Bluma, jednego z ideowych przywódców Bundu, który powiedział mi, że dostał kartkę od Lichtensztajnów, żebym jechał do nich do Wilna.
- A czy Pan jedzie? - zapytałem.
- Nie, ja zostaję. - odpowiedział.
- To i ja też zostanę - powiedziałem.
Żona Abraszy, Luba Bielicka, była dyrektorką szkoły pielęgniarskiej w getcie i ona ją prowadziła tak, jakby nie było żadnej wojny. Do samego końca jej uczennice nosiły piękne mundurki, których białe kołnierzyki i mankiety były zawsze starannie ukrochmalone i uprasowane.
Czy wyobrażałem sobie, jak potoczy się ta wojna, co będzie się działo z Żydami? Nie, raczej nie. Czy się bałem? Nie bałem się, widocznie dlatego, że brakowało mi wyobraźni.
Moje pierwsze zetknięcie z rzeczywistością okupacyjną? Kiedyś Niemcy złapali mnie na roboty. Miałem ładować deski do wagonów. Nie było to specjalnie groźne. Wlazłem pod wagon i przespałem cały czas.
Przed wojną byłem chłopcem, w czasie wojny musiałem stać się samodzielny, dorosły.
Dalej prowadziłem bundowską robotę, tylko że już w podziemiu: jeszcze jesienią 1939 r. zacząłem wydawać na powielaczu pisemko "Za waszą i naszą wolność". A w szpitalu im. Bersonów i Baumanów, gdzie kiedyś pracowała moja mama, dostałem posadę gońca. Zarabiałem tam 52 złote, co starczało na bochenek, może dwa, chleba. Kiedy zamknięto getto, miałem przepustkę na aryjską stronę, bo nosiłem tam różne papiery, a też probówki z krwią do analizy. Ale na czole nie miałem wypisane, że jestem po aryjskiej stronie legalnie, że mam przepustkę. Kiedyś wyszedłem z laboratorium na Spokojnej, a tam kręciło się dwóch grubych, granatowych policjantów. Zaczęli mnie bić, to ja w nogi. Powązkowską jechał akurat tramwaj, jak motorniczy zobaczył, że ktoś ucieka przed policją, zatrzymał tramwaj. Wskoczyłem. I od razu przy wejściu ludzie zaczęli krzyczeć: "Żyd! Żyd! Żyd!" Więc wyskoczyłem z tego tramwaju.
Na samym początku wojny zobaczyłem, jak na Żelaznej Niemcy postawili starego Żyda na beczce i obcinali mu nożycami brodę i pejsy. A wokół zebrali się gapie i pękali ze śmiechu. Wtedy powiedziałem sobie, że nigdy, przenigdy nie pozwolę w czasie tej wojny postawić się na beczce.
(notowała: t.b.)
Sierpień 2009