Małgorzata Skowrońska**, ks. Andrzej Augustyński***: Niewiele osób kojarzy dziś tytuł "Gazeta Ludowa" i jej twórcę Zygmunta Augustyńskiego, przed- i powojennego redaktora. 26 sierpnia minęło 50 lat od jego śmierci. Prof.
Władysław Bartoszewski*: Jestem ostatnim żyjącym dziennikarzem "Gazety Ludowej". Wszyscy pamiętamy zasługi "Tygodnika Powszechnego" w dziennikarskiej walce o suwerenność Polski. "Tygodnik" był pismem dla ludzi z wykształceniem co najmniej średnim. Drukowali teksty znakomitych profesorów, działaczy katolickich. Wszyscy to wiedzą. Niewielu jednak wie, że była ogólnopolska gazeta codzienna, która też walczyła o suwerenność, ale była czytana przez wszystkich. Od rolnika, rzemieślnika po lekarza i profesora. "Gazeta Ludowa" miała podtytuł "Pismo codzienne dla wszystkich". I tak było. To zasługa Zygmunta Augustyńskiego, twórcy i redaktora naczelnego "GL".
Augustyński zaczął tworzyć dziennik w 1945 r. na polecenie byłego premiera RP na uchodźstwie Stanisława Mikołajczyka, który wrócił po wojnie do Polski i został z ramienia Polskiego Stronnictwa Ludowego wicepremierem w rządzie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. "GL" miała być gazetą ówczesnego PSL. W swoich wspomnieniach redaktor naczelny pisze jednak, że nigdy nie zgodzi się na to, żeby gazeta była partyjną tubą. - Trzeba przywołać kontekst. PSL Mikołajczyka to była jedyna polska partia, która stała na stanowisku suwerennej Rzeczypospolitej w dobrych stosunkach ze Związkiem Sowieckim, Ameryką i Anglią. Wszyscy rozumieliśmy, że Mikołajczyk przyjechał z upoważnienia Churchilla i z jego poparciem. Inna sprawa, że - jak się później okazało - wszyscy przecenialiśmy to poparcie.
Ci ludzie, którym Mikołajczyk powierzył tworzenie "GL", byli motywowani społecznie. Nikt nie był na usługach partii, bo PSL był wtedy traktowany jako ruch społeczny sprzeciwiający się oddaniu Polski pod rządy Związku Radzieckiego. Przy ludowym programie, który - jak to się dziś mówi - stanowił linię gazety, Augustyński dbał o to, by nie ucierpiała dziennikarska obiektywność.
"GL" nie walczyła o interesy jednej partii, ale o poszerzenie swobód demokratycznych i ideałów oficjalnie ogłoszonych w podpisanej przez Winstona Churchilla i Franklina Delano Roosevelta Karcie atlantyckiej w 1941 r., która określała zasady powojennych stosunków międzynarodowych. Nikt nie uważał, że PSL to partia. PSL to byliśmy my: rolnicy, kupcy, rzemieślnicy, ziemianie, profesorowie, lekarze, inżynierowie.
Jak pan trafił do "Gazety Ludowej"? - Pracę zaproponował mi polityk ludowy ze ścisłego kierownictwa PSL-u Stefan Korboński. Co prawda później ze względów taktycznych mówiłem bezpiece, że do pracy w "GL" namówił mnie Tadeusz Rek [prawnik, publicysta, działacz ruchu ludowego, usunięty z PSL jako przeciwnik Mikołajczyka, wiceminister sprawiedliwości w okresie stalinowskim]. Wiedziałem, że Rek jest "zaufanym" komunistów. Poznałem go w czasie wojny w Radzie Pomocy Żydom "Żegota" przy charytatywnej robocie ratowania ludzi.
Poza tym mój ojciec był chłopskim synem, inteligentem w pierwszym pokoleniu. Pracował w Narodowym Banku Polskim z Wincentym Bryją, wybitnym działaczem ruchu ludowego z Małopolski. Dobrze się rozumieli, polubili, mieli wspólnotę doświadczeń zawodowych i społecznych. Kiedy chciałem dostać się do "GL" jako jedynej codziennej gazety niezależnej od komuny i uczciwej, poprosiłem ojca, żeby wspomniał o mnie Bryi. Taka rekomendacja była wtedy potrzebna, żeby unikać agentów.
Zacząłem pracę 1 lutego 1946 r. Gazeta wychodziła wtedy ledwie trzy miesiące. Nie traktowałem tej pracy jedynie jako zarobkowej. Zresztą dziennikarze "GL" dostawali w skórę za to, gdzie pracowali. Byliśmy gorzej uposażeni niż koledzy z innych gazet, nie mieliśmy żadnych przywilejów. No może poza stołówką. Była tania i dobra, bo żywność przywozili chłopi z powiatu warszawskiego.
Pamięta pan swój pierwszy artykuł? - W połowie lutego opublikowałem tekst pod tytułem "Tajny komplet w Żoliborzu. Tragiczna karta w dziejach nauki podziemnej". Augustyński puścił też moje dwie rozmowy ze Stefanem Korbońskim dotyczące działań konspiracji polskiej ratującej Żydów. To było niezwykle ważne, żeby do publicznej wiadomości przedostała się informacja, że w porozumieniu z rządem polskim w Londynie prowadzona była akcja informowania świata i ratowania Żydów. Cenzurze trudno było coś zrobić, bo Korboński był prezesem warszawskiego PSL, a ja byłem świadkiem ratowania Żydów. Wykorzystaliśmy to ofensywnie, żeby pokazać polską postawę demokratyczną i humanitarną, niezależną od partyjnego nastawienia komunistów.
"Gazeta Ludowa" była nowoczesnym dziennikiem. Strony kobiece, specjalne dodatki okolicznościowe... - Augustyński miał niezwykłe wyczucie i wiedział, jak oddziaływać na opinię publiczną. Z tym trzeba się urodzić. On był dziennikarzem z bożej łaski. Dosłownie. Miał niezwykłe upodobanie do tytułów. Wiedział, jak publicystycznie wykorzystać rocznice. W 1946 r. mogliśmy wreszcie uczcić Powstanie Warszawskie. Wcześniej nie było niezależnej gazety. Augustyński był bardzo wyczulony na temat Powstania - stracił w nim syna i synową. On żył z piętnem tej tragedii. Pozwolił nam pisać o Powstaniu w duchu niepodległościowym. Napisałem między innymi dwukolumnowy tekst pod tytułem "Bitwa o wolną stolicę" - czasami "Wyborcza" drukuje tyle Michnika. Dawaliśmy też przez 60 dni kronikę Powstania Warszawskiego.
"Gazeta Ludowa" jako jedyna informowała o rocznicy Powstania Warszawskiego? - Nie, ale inne gazety robiły to w limitowany sposób. Najczęściej dawali wspomnienia jakiejś kobiety, która straciła całą rodzinę, a sama przeżyła tragedię. Teza była taka: "Pokazujemy Powstanie jako katastrofę spowodowaną przez dowództwo, które w chęci przejęcia władzy, wbrew woli narodu, prowadziło lud nad rzeź". I dawali fotografie ludzi płaczących nad grobami.
Mój Boże, nieszczęścia były autentyczne. Przecież zginęło w tym powstaniu jakieś 180 tysięcy ludzi cywilnych, którzy nie mieli nawet broni w ręku. Chodziło o grozę i definiowanie wroga. Nie daj Boże, żeby pokazać coś konstruktywnego, co zachęcałoby do działania.
Kto decydował, jakie teksty pojawią się na pierwszej stronie dziennika? - Augustyński. Zawsze były to tematy polityczne. Takie czasy. Dziennikarze nie mogli się wyżyć, bo komuniści ograniczali papier. Mogliśmy drukować 8 stron, rzadko 12, a zdarzało się, że tylko 6. Spróbujcie wydrukować codzienną gazetę z ogłoszeniami, sportem, kulturą, sprawami społecznymi i partyjnymi na 8 stronach.