To nie głupia bajka, lecz dziejąca się właśnie w wielkopolskiej wsi prawdziwa historia. O ludziach, którym zabrano dziecko, bo byli biedni.
Właśnie się okazało, że ludzi, którzy wiedzą lepiej, co dla rodziny Róży jest lepsze, było więcej. Kilka tygodni po porodzie Wioletta Woźna, matka Róży, dowiedziała się, że podczas cesarskiego cięcia została wysterylizowana.
Lekarze tłumaczą teraz, że przy następnej ciąży mogło dojść do przerwania macicy, więc załatwili sprawę od razu. Nie mogli zapytać, bo pacjentka była uśpiona. Ale przecież mogli to zrobić potem. Zadecydowali za nią. To granda.
Mam mdlącą pewność, że stoi za tym pogardliwa protekcjonalność wobec kogoś biednego, niewykształconego, ze wsi. Że nie potraktowano by tak ładnie ubranej pani z miasta. Też z obawy, że zrobi potem piekło, bo sterylizacja (jeśli nie wymaga jej bezpośrednie zagrożenie życia) jest w Polsce nielegalna.
Wie o tym Anna - bohaterka reportażu Lidii Ostałowskiej sprzed pięciu lat. Samotna matka trójki dzieci - chora na zakrzepicę, która znacznie utrudnia antykoncepcję, a w przypadku ciąży ma poważne konsekwencje zdrowotne - prosiła o sterylizację.
"Jest nielegalna" - usłyszała. Gdyby miała pieniądze, zrobiłaby to za granicą.
Zaszła w ciążę. Mimo wskazań medycznych odmówiono jej aborcji. Choroba się pogłębiła, urodziła córkę, którą oddała do adopcji, bo opieka nad nią była ponad jej siły. Nie może się z tym pogodzić do dziś.
Za nią też ktoś podjął decyzję. Wobec słabszych więcej wolno.