Ustawa o koszyku świadczeń gwarantowanych w ramach ubezpieczenia zdrowotnego weszła w życie już kilka tygodni temu, ale brakowało rozporządzeń, w których wymieniono by, za jakie konkretnie świadczenia pacjenci ubezpieczeni w
NFZ nie muszą płacić. Wczoraj na konferencji prasowej minister zdrowia
Ewa Kopacz ogłosiła, że już są one gotowe.
Co zyskują na tym pacjenci? - Jasny sygnał, za co nikt nie ma prawa żądać od nich nawet grosza. To nie jest oferta papierowa, mamy pełne pokrycie na to, co oferujemy jako koszyk - mówiła minister.
Krytycy rozporządzeń - o czym pisała "Gazeta" - zwracają jednak uwagę, że koszyk jest w istocie tylko kopią katalogu świadczeń finansowanych dziś przez NFZ. Tyle że w wielu miejscach okrojoną. - Tak zawyżono kryteria oceny stanu pacjentów, że teraz na kompleksową opiekę nie zasłuży sobie nawet chory sparaliżowany od stóp do głów, o ile tylko ma odruch przełykania pokarmu - mówiła Iwona Borchulska z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych.
Kopacz tłumaczyła wczoraj, że takie było założenie: - Pierwszy koszyk miał być właśnie odzwierciedleniem tego, za co płaci Fundusz, ale już w niedalekiej przyszłości będziemy go uzupełniać.
Prof. Marian Zembala, szef rady naukowej przy ministrze zdrowia, która oceniała koszyk pod względem merytorycznym, mówił, że walka będzie się toczyć o 15-20 proc. najdroższych procedur. Tych, w których używa się najnowszych technologii. - Czesi, a nawet
Niemcy nie mają dziś tak bogatego koszyka jak my, ale musimy jednak uważać, by go "nie rozsadzić". Na wszystko, co oferuje dziś medycyna, nie stać nawet najbogatszych.