http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jak Polacy i Rosjanie młócą historię

Rafał Zasuń
2009-08-27, ostatnia aktualizacja 2009-08-27 14:15

70. rocznica wybuchu II wojny światowej posłużyła jako kolejny pretekst do polsko-rosyjskiej wojny o pamięć. Tym razem poszło o ocenę paktu Ribbentrop-Mołotow. Strony okopały się na swoich pozycjach, a media w obu krajach podsycają spór, wykorzystując naciągane tezy prezentowane przez najbardziej radykalnych głosicieli "polityki historycznej".

5.05.1939 r. Józef Beck przemawia w polskim Sejmie
5.05.1939 r. Józef Beck przemawia w polskim Sejmie
Nikomu nie przychodzi do głowy konfrontować różnych opinii, także historyków zagranicznych, nasza prawda jest bowiem jedynie słuszna, a druga strona fałszuje historię z przyczyn politycznych, nie chce bowiem przyjąć odpowiedzialności.

Rosyjska państwowa telewizja dopuściła się propagandowej manipulacji, snując wyssane z palca tezy, jakoby Polska w latach 30. planowała wspólny z III Rzeszą atak na ZSRR. Bzdurę tę wymyślili notabene dziennikarze francuskich gazet w 1934 r.

Niestety, także po naszej stronie zabrakło jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji z argumentami tych poważnych rosyjskich historyków, którzy kwestionują polską ocenę paktu. Zbywa się ich - niestety również w "Gazecie" - wzruszeniem ramion i zwala wszystko na rehabilitację stalinizmu, która jakoby nastąpiła w putinowskiej Rosji.

Tak oto historia przestaje być nauką, nie jest nawet przysłowiową magistra vitae, lecz zostaje sprowadzona do roli cepa w polsko-rosyjskiej młócce.

Polityka historyczna potrzebuje mitów. I oczywiście także nasza tworzy ich bez liku, a bezkrytyczne media powtarzają je bez żadnej dyskusji. Część dziennikarzy poczytuje to sobie zapewne za patriotyczny obowiązek. Niestety, mity owe nie wytrzymują konfrontacji z faktami, o których piszą także polscy historycy.

Mit pierwszy - pakt jako przyczyna wojny

Pakt Ribbentrop-Mołotow umożliwił najazd Niemiec na Polskę i wybuch II wojny światowej. Bez paktu wojna by nie wybuchła. Tezę tę można znaleźć nie tylko w mediach, ale także w niektórych podręcznikach historii dla szkół.

A jakie są fakty? Dyrektywa do sporządzenia planu "Fall Weiss" - czyli ataku Niemiec na Polskę - została wydana w kwietniu 1939 r. Ofensywa miała się zacząć przed wrześniem 1939 r., czyli przed jesiennymi roztopami, które mogły utrudnić szybki marsz kolumn pancernych.

Decyzja o ataku zależała wyłącznie od Adolfa Hitlera, który, jak wiadomo, kierował się niespecjalnie racjonalnymi przesłankami. Ostatni, bezpośredni rozkaz został wydany już po zawarciu paktu, ale brak jest jakichkolwiek źródeł, które potwierdzałyby tezę, że wobec niepewnej reakcji ZSRR atak zostanie odwołany. Ktokolwiek więc twierdzi autorytatywnie, że Hitler nie rozpocząłby wojny bez paktu Ribbentrop-Mołotow, musi mieć bezpośredni kontakt z medium Führera. Przewidzenie, jakimi ścieżkami powędrowałby spaczony umysł dyktatora, jest niemożliwe. Historykowi wolno oczywiście spekulować, ale nie powinien podawać swoich spekulacji jako faktów.

Mit drugi - któż to mógł przewidzieć?

Pakt Ribbentrop-Mołotow był zupełnym zaskoczeniem, polscy przywódcy nie ponoszą więc żadnej odpowiedzialności za to, że nie potrafili go przewidzieć. "Żadne sprawdzone informacje o tajnym protokole nie dotarły do Warszawy. Nawet znając treść tajnych klauzul sowiecko-niemieckich, rząd polski nie mógłby już niczego zrobić. Jeżeli uznać, że polityka to sztuka osiągania tego, co możliwe, to Polska osiągnęła maksimum tego, co można było osiągnąć" - napisali Sławomir Dębski i Marek Kornat z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych ("Gazeta" z 21.08.2009). W rzeczywistości sygnały i głosy o możliwości sojuszu dwóch bezwzględnie dotąd wrogich reżimów totalitarnych, toczących ze sobą krwawą wojnę w Hiszpanii, było tyle, że polski minister spraw zagranicznych Józef Beck kompletnie je lekceważył.

W czerwcu 1939 r. o możliwym zbliżeniu niemiecko-radzieckim depeszował z Ankary ambasador Michał Sokolnicki. Ale najbardziej przenikliwą opinię wygłosił 6 kwietnia 1938 r. na naradzie w MSZ dyrektor departamentu radzieckiego Tadeusz Kobylański. Stwierdził, że Niemcy chcą "rozwiązać kwestię rosyjską" przy pomocy Polski, Węgier i Rumunii. "Gdyby nadzieje na to zawiodły, Berlin powróciłby do dawnej polityki polegającej na wspólnym z Rosją połknięciu Polski" - zapisał opinię dyrektora w swym diariuszu zastępca Becka Jan Szembek.

Prognozy Kobylańskiego sprawdziły się co do joty, ale Beck, zwany przez zachodnią prasę Mefistofelesem europejskiej polityki, w ogóle jego opinii nie brał pod uwagę. A przecież gdyby jej posłuchał, musiałby zrewidować nieszczęsną polską politykę wobec Czechosłowacji. Była to w istocie polityka, która niczym się nie różniła od tego, co robili wobec naszego kraju Niemcy - infiltracji i dywersji przy pomocy mniejszości narodowej. Już w 1934 r. polski wywiad zaczął organizować konspiracyjną organizację na Zaolziu. Przez całe następne lata polski rząd pracowicie dążył do rozbicia Czechosłowacji, którą uważano za twór sztuczny i niepotrzebny. Apogeum tej zgubnej dla Polski polityki było zajęcie Zaolzia po usankcjonowanym przez Anglię i Francję w układzie monachijskim zajęciu Sudetów przez Niemców w 1938 r.

"Trudno o dialog historyczny, kiedy nie uznamy państwa Stalina za mocarstwo agresywne, rewizjonistyczne, dążące do ekspansji i niegodzące się z terytorialnym status quo" - piszą Dębski i Kornat. Wszystko to prawda, tyle że niestety dokładnie to samo można napisać o polskim stosunku do Czechosłowacji. Jednym z głównych celów polityki Becka było rozczłonkowanie tego kraju, utworzenie niepodległej Słowacji pozostającej w polskiej strefie wpływów oraz uzyskanie wspólnej granicy z Węgrami poprzez przyznanie temu krajowi Rusi Zakarpackiej.

Ostatecznie plan się nawet udał, tyle że Słowacja stała się satelitą niemieckim, a nie polskim, a wspólna granica z Węgrami przydała się wyłącznie do ewakuacji polskiego wojska.

Mit trzeci - Polska jako niewinna ofiara

Trudno mówić o jakiejkolwiek polskiej odpowiedzialności za wybuch wojny. Ale nie zmienia to faktu, że polska polityka zagraniczna była katastrofalna. Kilka próbek możliwości intelektualnych elit polskiej dyplomacji warto tu zacytować.

"Czy nasze opinie o III Rzeszy nie ulegają zbyt silnym wpływom żydowskiej publicystyki? ( ) Żydzi mogą urabiać naszą opinię, jak chcą. ( ) My, Polacy, nie powinniśmy zapominać, że na czele Niemiec stoi dziś człowiek urodzony w Passau, który dzieciństwo swoje spędził nad Dunajem, a młodość w Wiedniu. Hitler powinien mieć dla nas tym większą wartość, że Prusacy są mu równie niesympatyczni" - pisał w maju 1933 r. ambasador Polski w Berlinie Alfred Wysocki.

Teorię, jakoby Hitler jako Austriak z pochodzenia nie będzie kontynuatorem polityki Prus, kultywowało bardzo wielu polskich polityków, łącznie z Beckiem. Zupełnie lekceważono program nazistów tak jasno wyłożony przecież przez Hitlera w "Mein Kampf". Niczego nie zmienia fakt, że podobnie działo się w Paryżu i Londynie - błędy popełnione przez innych nie mogą służyć jako usprawiedliwienie naszych.

Brak jest wiarygodnych dowodów na to, że Piłsudski serio proponował Francji przeprowadzenie prewencyjnej wojny z Niemcami w 1933 r., po objęciu rządów przez Hitlera. Ale gdyby Polska brała poważnie jego program, musiałaby dążyć do wybuchu wojny z Niemcami jak najszybciej, zanim przestawiony na tory wojenne przemysł zapewni im druzgocącą przewagę militarną. Najlepsza okazja była właśnie w 1938 r. ZSRR, związany z Czechami sojuszem, poprosił wówczas Polskę i Rumunię o pozwolenie na przejście Armii Czerwonej przez oba kraje (Rosjanie nie mieli wówczas wspólnej granicy z Czechosłowacją). Warszawa i Bukareszt odmówiły. Nie wiemy dziś, jakie były rzeczywiste intencje Moskwy, archiwa radzieckie nie dają jednoznacznej odpowiedzi, zresztą bez kontaktu z medium Stalina nie sposób tego ustalić. Ale nawet bez podejrzanej pomocy ze strony ZSRR wojna z Niemcami w sojuszu z Czechosłowacją, dysponującą wprawdzie słabszą liczebnie, ale lepiej od polskiej wyposażoną armią oraz fortyfikacjami w Sudetach, byłaby dużo korzystniejszym rozwiązaniem niż samotna obrona w 1939 r.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 120 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    63 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':