http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Awaria na Syberii: zawiodły systemy

Wacław Radziwinowicz, Moskwa
2009-08-27, ostatnia aktualizacja 2009-08-26 17:41

W Sajano-Szuszeńskiej Elektrowni Wodnej na Jeniseju, gdzie doszło do największej katastrofy w historii rosyjskiej hydroenergetyki, nie zadziałał żaden z trzech systemów bezpieczeństwa.

Premier Putin w Sajano-Szuszeńskiej Elektrowni Wodnej
Fot. Alexei Druzhinin ASSOCIATED PRESS
Premier Putin w Sajano-Szuszeńskiej Elektrowni Wodnej
Dlatego dziesięć dni temu gigantyczny strumień wody masakrował ludzi i urządzenia przez ponad godzinę, póki pracownicy ręcznie nie zamknęli zasuw tamy.

Na miejscu tragedii, w wyniku której zginęło 71 osób, a cztery albo porwane nurtem potężnej syberyjskiej rzeki, albo zmielone na miazgę przez wirujące części turbiny przepadły bez wieści, pracują eksperci. Mają ustalić, dlaczego doszło do katastrofy. Bezpośrednia przyczyna wciąż pozostaje tajemnicą.

Wiadomo natomiast, co działo się w maszynowni elektrowni, kiedy trzema rurociągami o przekroju 6 metrów runęły na nią z wysokości 240 metrów kaskady wody.

Jak opowiedział dziennikarzom "Rossijskiej Gaziety" Nikołaj Kutin, szef rosyjskiej Służby Technicznej, wodospad z wielką siłą wyrwał z fundamentu ważącą prawie 2,7 tys. ton jedną z dziewięciu turbin i rzucał nią po maszynowni. Krzyżak urządzenia o wadze 1,2 tys. ton, wirując, "szlifował" ściany oraz podłogę, zmiatając z niej ludzi i maszyny.

Kutin przypomina, że w elektrowni były trzy systemy bezpieczeństwa, które powinny automatycznie zatrzymać niekontrolowany przepływ wody. Pierwszy miał za zadanie spowolnić obroty turbin, drugi zmniejszyć potok przechodzący przez urządzenie. Wreszcie trzeci powinien automatycznie zatrzasnąć zasuwy na koronie tamy elektrowni. Żaden system nie zadziałał.

I dziwić się temu nie należy. Jeszcze w 2006 r. komisja techniczna badająca stan największej w Rosji elektrowni wodnej, jak przypomniał kilka dni temu "Moskowskij Komsomolec", stwierdziła, że "automatyka, systemy bezpieczeństwa, systemy sygnalizacyjne Sajano-Szuszeńskiej Elektrowni Wodnej były wyeksploatowane w 100 proc.".

Kiedy rwący potok wody demolował maszynownię i zabijał pracowników elektrowni, ich koledzy na szczycie tamy ręcznie przez godzinę i siedem minut zamykali zasuwy.

Kutin mówi, że z punktu widzenia techniki skala katastrofy w elektrowni na Jeniseju była cztery razy większa od katastrofy w Czarnobylu. Na Ukrainie 23 lata temu wybuchł reaktor o mocy jednego gigawata, a moc uderzenia, które spadło na maszynownię elektrowni syberyjskiej oblicza się na 4,4 gigawatów.

Ustalanie przyczyn katastrofy wciąż trwa, ale jest już pierwszy winny, który może stanąć przed sądem - dziennikarz Michaił Afanasjew z Abakana. On w dniu katastrofy napisał w gazecie internetowej "Nowyj Fokus", że w zalanych pomieszczeniach elektrowni są żywi ludzie, którzy stukając w rury, wzywają pomocy, a ratownicy z nią się nie spieszą. Te informacje częściowo się potwierdziły, bo ratownikom rzeczywiście udało się znaleźć dwóch żywych ludzi, którzy przetrwali w podziemiach maszynowni.

Afanasjew został jednak oskarżony o szkalowanie władz regionalnych i służb ratowniczych oraz sianie paniki. W jego obronie stanął Międzynarodowy Komitet Obrony Dziennikarzy, który w specjalnym oświadczeniu przypomniał, że jego prześladowanie "zawraca nas w mroczne czasy epoki radzieckiej, kiedy wszelka informacja o awariach tego rodzaju była utajniana".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':