Pałac w Skandławkach: tartak i stolarnia zatrudniają ludzi z PGR
Wieś Skandławki leży na północy Mazur, blisko rosyjskiej granicy. Mieszka tu ok. 40 osób, dawnych pracowników PGR.
Pałac w Skandławkach zbudowano w stylu późnoklasycystycznym w 1834 r. dla rodziny Siegfried, która mieszkała tu do 1945 r. Po wojnie był tu PGR, a teraz właścicielem jest Mariusz Śliżewski, prezes dużej międzynarodowej firmy.
- Kiedyś te ziemie kapały dobrobytem - mówi Śliżewski. - Wieś obok, Sterławki były przed wojną największym eksporterem masła z całych Prus Wschodnich. Dziś nie ma tam ani jednej krowy. Tu świat jakby zatrzymał się 30 lat temu. Dwa razy dziennie przyjeżdża autobus, raz w tygodniu polonez z chlebem i używanymi rzeczami.
W każdy piątek po pracy, latem i zimą, Śliżewski wsiada w samochód i pędzi z Warszawy do Skandławek: - Wolę to miejsce niż Lazurowe Wybrzeże. Jest pięknie, spokojnie, a do tego zawsze marzyłem, by mieć jakiś zabytek.
Kiedy Śliżewski zabrał się do remontu pałacu, architekt wyliczył, ile potrzeba drzewa. Wyszło tyle, że nowy właściciel pomyślał: "Taniej będzie założyć własny tartak". Przy tartaku powstała stolarnia. Pracują w niej miejscowi z dawnego PGR. Nie znali się na tej robocie, ale się przyuczyli i teraz nie tylko potrafią przerżnąć kloc drewna na deski, ale też zrobić drzwi czy okna. Idzie im tak dobrze, że do Skandławek zaczęli przyjeżdżać po deski okoliczni chłopi. Trafiają się nawet skomplikowane zamówienia, jak drzwi dla Amerykanina, weterana wojny w Wietnamie, który wraz żoną niedawno osiadł na Mazurach, oraz belki stropowe do remontowanego pałacu w Nakomiasach, który kupił inny biznesmen z Warszawy.
- Na razie tartak i stolarnia nie dają wielkich zysków, ale niewiele muszę dopłacać do pensji ludziom. Tartaki w okolicy bankrutują, a nasz się rozwija. Już samo to daje satysfakcję - cieszy się Śliżewski.
Chce tu zamieszkać, gdy cały pałac będzie już odrestaurowany. Chce też wynajmować go turystom, którzy zechcą przyjechać np. na miesiąc z rodziną, by oddać się polowaniom, jeździe konnej itp.
Śliżewski: - Przed wojną było tak, że właściciel pałacu opiekował się ludźmi, którzy dla niego pracowali. I my tak się staramy, dajemy pracę, zmuszamy ich, by chodzili do lekarza na kontrolne wizyty, walczymy z alkoholizmem, który jest tu wielkim problemem.
Pierwsze sukcesy - np. jedno małżeństwo to nawet roweru nie miało, kiedy Śliżewski je zatrudniał, a dziś, po trzech latach dorobiło się używanej vectry.
Biznesmen odszukał też Niemca, ostatniego właściciela pałacu, i zaprosił w odwiedziny: - Pokazał nam zdjęcia, opowiedział, co było w każdym pomieszczeniu, w parku. Pomoże nam to w odbudowie. Pokazał nam też miejsce w lesie, gdzie był cmentarz rodzinny. Wszystko zniszczone, zarośnięte chwastami, śmietnik. Mówił, że kiedy po wojnie przyjechała tu jego matka i zobaczyła rozkopane groby przodków, bo ludzie szukali w nich kosztowności, to powiedziała, że jej noga tu więcej nie postanie. Tak nas poruszyła ta opowieść, że wywieźliśmy śmieci, ogrodziliśmy, postawiliśmy marmurową tablicę z wyrytymi nazwiskami pochowanych tu członków rodziny Siegfried.
W 2007 roku Niemiec przywiózł tu urnę z prochami zmarłego brata i postawił kolejny kamień z napisem.
Pałac w Nakomiadach: piece kaflowe i konkurs na ogródek
Około 30 km od Skandławek leżą Nakomiady ze wspaniałym barokowym pałacem z przełomu XVII i XVIII wieku. A właściwie z ruiną tego pałacu i parku, które ostały się po blisko 50-letnich rządach PGR.
Kiedy w 1998 roku pałac kupił na przetargu Piotr Ciszek, informatyk z Warszawy, w pałacu nie było okien, drzwi ani dachówek. Były za to puste butelki, puszki, odchody. W zamulonym stawie myto traktory, a przed frontem pałacu władze PGR postawiły stację benzynową i hydrofornię.
Dziś znowu, jak przed laty, przed pałacem rośnie trawiasty klomb, odtworzono stare aleje parkowe, jest ogród warzywny, rosarium i ogród sekretny z ziołami. Staw (czyli pegeerowską myjnię traktorów) oczyszczono.
Podobną funkcję do tartaku ze Skandławek pełni w Nakomiadach manufaktura ceramiczna. Istniała tu w 1705 roku, Ciszek ją odtworzył. Dawni pracownicy PGR robią tu teraz repliki XVIII-wiecznych pieców kaflowych. Każdy kafel jest ręcznie obrabiany, rzeźbiony i malowany przed wypaleniem. - Chcę wstawić do pałacu takie piece, jakie tu kiedyś stały. A nie da się ich dziś kupić, jest parę w muzeach. Więc sami je zrobimy - zapowiada Ciszek.
Na razie manufaktura robi piece na zamówienia z zewnątrz, np. dla dworu w pobliskich Wajsznorach, który kupił inny biznesmen z Warszawy.
Manufaktura pracuje pełną parą, bo oprócz wielkich pieców robi też miniaturki pieców elbląskich i gdańskich, które kupują turyści jako pamiątki z Mazur, oraz płytki ceramiczne malowane przez panie z Nakomiad według XVII-wiecznych wzorów holenderskich.
Ciszek opiekuje się swoją wsią. By zachęcić mieszkańców do dbania o ogródki, wymyślił konkurs na najładniejszy ogródek i funduje nagrody. A przed mikołajkami zbiera od okolicznych dzieci zamówienia na prezenty, by potem je osobiście rozdać w przebraniu mikołaja.
Źródło: Gazeta Wyborcza