http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

CBŚ donosi na CBA

Piotr Machajski, Bogdan Wróblewski Współpraca: Sławomir Sowula, Gdańsk
2009-08-26, ostatnia aktualizacja 2009-08-26 11:04

Gdańskie CBA tropi funkcjonariuszy tamtejszego CBŚ. Policjanci są przekonani, że agenci skrycie ich obserwują, podsłuchują i namawiają gangsterów do fałszywych zeznań. Gdy policja próbuje dowiedzieć się, o co chodzi, kluczowy świadek wiesza się w celi na pętli z bandaża

Gdańska delegatura CBA
Fot. Renata Dabrowska / Agencja Gazeta
Gdańska delegatura CBA

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Jesteśmy przekonani, że to jakaś nieczysta gra - mówi oficer trójmiejskiego Centralnego Biura Śledczego. Jego przełożeni powiadomili centralę. Ta skierowała sprawę do Prokuratury Krajowej. Informuje o możliwości popełnienia przez agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego przestępstw nakłaniania do fałszywych zeznań, także za pomocą gróźb oraz bezprawne wywieranie wpływu na świadka.

Tak ostro między służbami jeszcze nie było.

- Pismo dyrektora Biura CBŚ dostałem dziś - mówi prokurator krajowy Edward Zalewski. - Przed jego poważną analizą nie jestem w stanie ocenić rangi sprawy. Analiza jest konieczna, bo gdy mamy do czynienia z samobójstwem w areszcie czy usiłowaniem targnięcia się na życie, musimy być szczególnie uczuleni.

Podchody

"Gazeta" też nie zna odpowiedzi na wiele pytań. Oto fakty, które udało nam się ustalić.

Jesienią 2008 r. szef gdańskiego CBŚ Jerzy Stankiewicz zauważył, że ktoś za nim jedzie. Zapisał (może zapamiętał) numery rejestracyjne. Okazało się, że samochód należał do CBA. Konkurencyjna służba puściła za szefem CBŚ ogon.

Niedługo potem policjanci z CBŚ rozbili gang wymuszający haracze. Podczas przesłuchań jeden z gangsterów wypalił: - CBA namawia mnie, bym obciążył was zeznaniami.

Wtedy CBŚ nie zareagowało. Cisza trwała osiem miesięcy.

List

Pod koniec maja 2009 r. do zarządu trójmiejskiego CBŚ przyszedł list. Z aresztu. Napisał go 35-letni Jacek W.

To lokalny gangster. Na sumieniu ostatnio miał spowodowanie wypadku samochodowego, kradzież z włamaniem, oszustwa. Od 1 października 2008 r. siedzi w areszcie śledczym przy Kurkowej.

Gdańskie CBA - pod nadzorem wydziału przestępczości zorganizowanej tamtejszej prokuratury apelacyjnej - prowadzi przeciwko niemu kolejną sprawę. Chodzi o handel kradzionymi samochodami, ale z wątkiem korupcyjnym. Dlatego zajmuje się tym CBA.

Agenci co jakiś czas odwiedzają Jacka W. w celi. Według naszych źródeł W. składa w śledztwie obszerne wyjaśnienia.

Co jednak go skłoniło, by pisać do CBŚ? Nie wiemy. Pewnie chciał coś ugrać, może w którejś z wcześniejszych swoich spraw. W liście Jacek W. prosi o spotkanie.

4 czerwca 2009 r. do aresztu przyjeżdża dwóch funkcjonariuszy CBŚ. W trakcie rozmowy Jacek W. wypala: - CBA pyta, czy mam coś na waszego naczelnika.

Ostrzeżenie

W. opowiada policjantom, że agenci CBA chcą, by potwierdził, że szef gdańskiego CBŚ i jego podwładni biorą pieniądze za uprzedzanie gangsterów o policyjnych operacjach. Padają ksywki bandytów.

Policjanci zapamiętali, że Jacek W. kończy ostrzeżeniem: - Zobaczycie, prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto pójdzie z nimi na współpracę.

Policjanci z CBŚ informują przełożonych. Nieformalnie o rozmowie w areszcie dowiaduje się jeden z prokuratorów Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 77 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    30 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':