Po raz pierwszy muszę się zmierzyć z tak nietypową sprawą - przyznaje Anna Włosik-Jachym, zastępczyni prokuratura rejonowego w Chorzowie. Musi poznać zwyczaje gołębi pocztowych, ustalić planowaną i rzeczywistą trasę lotu ptaków, przesłuchać kilka tysięcy hodowców oraz sprawdzić procedury wyścigu, który zakończył się masakrą.
Na razie nikomu nie przedstawiła zarzutów. Za spowodowanie znacznych zniszczeń w świecie zwierzęcym grozi do dwóch lat więzienia.
Start na telefon
W sobotę 27 czerwca rano w Schöningen pod Magdeburgiem w Niemczech było pochmurno. Temperatura: 18 st. C. Siła wiatru: 8 km/godz. Na miejsce startu wyścigu gołębie przywieziono z Górnego Śląska 23 ciężarówkami - w sumie 70 tys. ptaków. Start zaplanowano na godz. 7 rano. Dystans 600 km dzielący je od domu gołębie powinny pokonać w kilka godzin - ok. 13 powinny już być na Śląsku.
W Niemczech nie było głównego organizatora lotu - wiceprezesa katowickiego okręgu Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych. Krystian Bednorz telefonicznie wydał komendę do startu kierowcom ciężarówek.
Na amatorskim filmie, który ktoś zamieścił później w internecie, widać, jak ok. 6.43 tysiące gołębi wzlatują ponad tiry. W pewnym momencie przysłaniają całe, sine od chmur, niebo. Film opatrzony żałobną melodią kończy się hasłem: "Nigdy więcej".
Gradobicie
Burze złapały gołębie już nad Polską. Wiały silne wiatry, szalały ulewy, w okolicach Wrocławia i Nysy - a więc na trasie lotu z Schöningen - padał też grad. Przez Dolny Śląsk już w nocy z piątku na sobotę przechodziły nawałnice - wylały górskie potoki i rzeki, powódź pustoszyła Kotlinę Kłodzką i Opolszczyznę. Czy organizatorzy wyścigów nie znali prognoz?
Krystian Bednorz: - Nie słucham prognoz pogody w telewizji, tam tylko bajki opowiadają. Przed każdym lotem dzwonię bezpośrednio do instytutu meteorologii. Sprawdzałem tamtego dnia: zachmurzenie, możliwe opady i burze, ale te ostatnie raczej w górach, bardziej na południe od trasy przelotu. W prognozie nie było nic niepokojącego. Gołębiom deszcz nie przeszkadza w locie.
Pobojowisko na A-4
Do gołębników na Górnym Śląsku nie wróciło 30 tys. z 70 tys. ptaków uczestniczących w wyścigu.
Hodowcy ruszyli na poszukiwania. Wiele gołębi widzieli później na dolnośląskim odcinku autostrady A4 - leżały na jezdni, w rowach. Niektóre gołębie pewnie próbowały uciekać przed burzą, zgubiły trasę, błąkały się po całym Dolnym Śląsku, niektóre doleciały nawet dalej.
Na internetowych forach hodowców zaroiło się od ogłoszeń: "Znalazłam gołębia, chyba z tego lotu, nr obrączki 1338 PL 02307. Bardzo zmęczony, ale dochodzi do siebie", "Mieszkam w Serokomli, znalazłem przy drodze 4 gołębie". Hodowcy uruchomili numery alarmowe, poprosili o pomoc lokalne media.
Z forum: "Właśnie facet zadzwonił do mnie z Polkowic i powiedział, że znalazł na polu 35 gołębi zabitych, tylko i? wyłącznie przez grad, w tym dwa moje."
Po niedzieli zwołali zebranie z zarządem związku w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie.
- Trzeba być ciulem, żeby ptaki w taką pogodę wypuścić! - krzyczeli zrozpaczeni. - Kaj żeś dzwonił i kto ci pedzioł, jaka bydzie pogoda?! Takie piękne ptaki na zmarnowanie poszły!
Pisklę za 20 tys. zł
W całej Polsce hodowlą gołębi pocztowych zajmuje się ok. 40 tys. osób, najwięcej na Górnym Śląsku. Katowicki oddział związku hodowców liczy ponad 5 tys. członków, większość wzięła udział w wyścigu z Schöningen.
Formalnie hodowla gołębi pocztowych to dyscyplina sportu - to dlatego ptaki startują w wyścigach i mistrzostwach: międzynarodowych, krajowych czy w okręgu. Punkty z tragicznego lotu liczyły się w klasyfikacji mistrzostw Polski.
Skoro to sport, to towarzyszą mu zakłady - nieoficjalne i nielegalne. Hodowcy nie chcą mówić o nich pod nazwiskiem. Przyznają, że w swoim gronie obstawiają czasy przelotu, typują zwycięzców. Skali biznesu nie sposób oszacować. Pewne jest jednak, że to hazard winduje ceny ptaków. Choć gołębia pocztowego można kupić już za 5 zł, to pisklę z utytułowanej hodowli może być warte nawet 20 tys. zł!
Źródło: Gazeta Wyborcza