Drodzy przywódcy stają się coraz drożsi. Świetnie ich rozumiem, jest koniunktura. Kim Dżong Ila, drogiego przywódcę Korei Płn., nie trzeba przedstawiać. Jego i całej dynastii Kimów specjalność to szantaż atomowy. Tą drogą Kimowie wydzierali zachodnie, głównie amerykańskie, miliardy przeznaczane później nie dla głodującej ludności, ale na utrzymanie ogromnej armii i program budowy bomby atomowej.
Teraz Kim podniósł cenę. Miliardy już nie wystarczą. Niezbędna jest fotografia.
Dwie amerykańskie dziennikarki pochodzenia koreańskiego przez 12 sekund nielegalnie dotykały świętej ziemi Kima. Wyrok: 12 lat za 12 sekund. Wszystko stało się jasne - trzeba będzie bulić. Ile? Nie ile, ale jak? - Na kolanach - powiedział Kim.
Dobrze, tylko kto? W 1994 r. wystarczył gubernator stanu Nowy
Meksyk. Bill Richardson pofatygował się wtedy do Kima seniora i uzyskał zwolnienie amerykańskiego pilota zestrzelonego nad Koreą Płn. U syna jest drożej. - On chce Clintona - powiedziały dziennikarki przez telefon z więzienia. Całą resztę można odczytać na wspólnym zdjęciu kamiennego Clintona z uśmiechniętym Kimem.
W Birmie było taniej. Juncie wpadł w ręce lekko pomylony Amerykanin John Yettaw, który postanowił wpław złamać wojskową blokadę zakładnika dyktatury, laureatki Nobla San Suu Kyi. Generałowie mieli mniejsze ambicje. Jim Webb, zwykły senator, pokazał się z generałami w telewizji i pływaka wyłowił.
Wilhelm Tell nigdzie nie pojechał, ale się przewraca w grobie. Hannibal, syn pułkownika Kaddafiego, poniósł klęskę w starciu z policją w Genewie i nie tylko się nie otruł jak jego słynny poprzednik, ale za pośrednictwem tatusia wystawił Szwajcarii ogromny rachunek. Prezydent Szwajcarii musiał się do niego osobiście przyczołgać i przeprosić za to, że
policja w Genewie poskramia chuliganów.
Na dodatek Zachód musiał oglądać haniebny spektakl "drugiego Lockerbie", czyli triumfalnego powitania w Libii mordercy samolotu PanAm. To i tak lepiej niż Bułgarzy, którzy musieli czekać siedem lat na swoje pielęgniarki.
Starajmy się zrozumieć i pocieszyć. W temacie sumienia, wiadomo, upokorzona moralnie nie jest ofiara, lecz zawsze ten, który upokarza bliźniego. W temacie polityka może warto przeżyć chwilę wstydu, by ratować ludzi i interesy. Próba dialogu z państwami z listy "imperium zła" stanowi istotę strategii "miękkiej potęgi" Obamy i warto może kapitulację wobec szantażu dopisać czasem do kosztów prowadzenia polityki.
I może rzeczywiście Clinton przywiózł z Pjongjangu jakieś bezcenne informacje, o których
CIA nie miała pojęcia?
Pytanie tylko, czy ten dialog musi się zawsze odbywać na warunkach dyktowanych przez szantażystę? Kto przy następnym zakładniku będzie musiał jechać do jakiejś diabelskiej Canossy? Czy "miękka potęga" bez potęgi może być na dłuższą metę skuteczna? Czy zdjęcie nie uprawomocnia dyktatury, nie umacnia dyktatora w oczach jego poddanych? Czy, pomijając już rany na naszym prestiżu, kapitulacja w Pjongjangu, Trypolisie czy Teheranie nie rozzuchwala szantażysty, nie daje mu poczucia siły, nie prowadzi do dalszych porwań i składowania zakładników na zapas?
Czy w grze z gangsterami nie ma alternatywy do pozycji na kolanach?
Upokarzanie państw demokratycznych weszło na dobre do arsenału dyktatur. Na jak długo? Na tak długo, jak świat demokratyczny będzie w takich sytuacjach działać w rozsypce. Czyli na bardzo długo.