http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Młody maluje cz. 2

Włodzimierz Kalicki
2009-08-24, ostatnia aktualizacja 2009-08-27 13:19

Agnieszka Kurek - rocznik 1984, dyplom z malarstwa w pracowni prof. Andrzeja Bednarczyka na ASP w Krakowie (2008). Wystawa w Salotto Fiorentino we Florencji (2006), wystawa w galerii Raven w Krakowie (2007)
Agnieszka Kurek - rocznik 1984, dyplom z malarstwa w pracowni prof. Andrzeja Bednarczyka na ASP w Krakowie (2008). Wystawa w Salotto Fiorentino we Florencji (2006), wystawa w galerii Raven w Krakowie (2007)
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta

Odwiedziłem pracownie najmłodszych malarzy: studentów ostatniego roku akademii i zeszłorocznych absolwentów. Za dziesięć, piętnaście lat to ich prace powinny wypełniać publiczne i prywatne kolekcje sztuki nowoczesnej

Bartosz Kokosiński - rocznik 1984. V rok ASP w Krakowie, pracownia prof. Andrzeja Bednarczyka. Stypendysta ministra kultury (2007), wystawa
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Bartosz Kokosiński - rocznik 1984. V rok ASP w Krakowie, pracownia prof...
ZOBACZ TAKŻE
Agnieszka Kurek. Tryptyk z lalami

Kim są trzy wielkie lale?

- Idealnym, powielonym pięknem.

Przed dwoma laty byłam na stypendium we Florencji. Poznałam tam studentów prywatnej szkoły projektowania mody, najlepszej we Włoszech. Oni dorabiali przy pokazach mody i załatwili mi tę pracę. To było dla mnie finansowe koło ratunkowe, ale też niezwykłe przeżycie. Miałam przebierać modelki w przerwach między kolejnymi wyjściami na wybieg. Ależ to ekscytujące - być zamkniętym w pomieszczeniu, w którym spacerują sobie ludzie idealni: modelki wyselekcjonowane spośród najładniejszych dziewcząt z całego świata, powszechnie uznawane za okazy skończonego, nieskazitelnego piękna. Dla każdego malarza, dla osoby odczuwającej świat w kategoriach estetycznych, to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju.

Szybko przestały mnie interesować ich ciała, takie same, tak samo perfekcyjne. Zafascynował mnie za to moment tuż przed wyjściem na wybieg. One w ostatniej chwili zerkały w lustro. Patrzyłam im w oczy. Większość miała oczy doskonale puste, przerażone. Patrzyłam w nie, szukałam jakiegoś sensu, błysku człowieczeństwa. Ale nie, to były manekiny. To istoty idealnie puste, skoncentrowane wyłącznie, obsesyjnie na sobie.

To puste piękno, wydrążony ideał, który ma uwieść miliony, namalowałam czystym, ostrym kolorem. Zbudowałam świat hiperestetyczny. Makijaż pigmentem funkcjonuje tu jako kamuflaż, jako maska piękna chłodnego, bezosobowego, właściwie nieludzkiego. Usta są rozchylone w kokieterii, w akcie kuszenia, ale mechanicznym, pozbawionym ciepła, emocji. Idealne piękno ciała pozbawionego wnętrza okazało się nudne i bez wyrazu, odpychające.

Dlaczego zastosowała pani w tych obrazach fotograficzny kadr?

- Chciałam, żeby to nie była twarz w obrazie, tylko żeby lale stały się twarzą obrazu. Wydaje mi się, że ten wielki format pozwala na coś takiego.

A dlaczego tryptyk z lalami?

- Czy to jest tryptyk? Sama nie wiem. Na pewno te obrazy powinno się wystawiać jako tryptyk, można też zestawiać je po dwa, w dyptyki, ale nie wyobrażam sobie eksponowania ich pojedynczo.

Dlaczego?

- Musi być więcej lal niż jedna, bo tylko wtedy manifestuje się efekt anestetyki. Powszechna estetyzacja, permanentne upiększanie doprowadziło do znieczulenia. Zmultiplikowane piękno już nie działa, kolejny uśmiech, kolejne zmysłowo zamglone oczy, kolejny nienaganny garnitur śnieżnobiałych zębów przestają widza obchodzić. Dla mnie multiplikacja jest działaniem magicznym, bo powielając, unieważniamy jednostkę, z każdym odbiciem pierwotna postać mniej istnieje, przenosi się w świat nierzeczywisty.

Malarze mawiają, że mały format obrazu nie wybacza błędów. To dlatego maluje pani obrazy wielkich rozmiarów?

- Moje obrazy działają kolorem i płasko położoną plamą, mały format nie działałby tak mocno jak wielki. Duży obraz jednoznacznie integruje się z przestrzenią, w której istnieje. A co do błędów i rozmiarów obrazu, to błąd na płótnie o rozmiarach 150 na 200 cm jest błędem odpowiednio wielkich rozmiarów - wręcz atakuje widza.

Duże rozmiary są zresztą bardzo kłopotliwe z powodów czysto praktycznych. Gdy przed trzema laty w centrum Florencji otwarto miejsce, w którym mają prezentować swą twórczość młodzi, kreatywni ludzie, zostałam zaproszona do wystawienia swoich obrazów. We Florencji każdy z nich musiałam sama przenieść do strefy wystawienniczej. A to była godzina marszu z wielkim płótnem w dłoniach, które przy byle podmuchu wiatru zachowywało się jak żagiel.

Także dlatego zabrałam się teraz do malowania małych formatów. To będą czarno-białe twarze, 18 obrazów, które razem mają zawłaszczyć przestrzeń tak samo jak obrazy wielkiego formatu.

A czy obraz wielkich rozmiarów nie jest trudniej sprzedać?

- Trudno powiedzieć, bo prac małych rozmiarów do tej pory nie malowałam. Podczas wystawy we Florencji sprzedałam dwa obrazy, to w połączeniu ze stypendium pozwoliło mi przeżyć tam przez cały rok. Jeden z nich kupiła na wernisażu para Hiszpanów. Oboje wykładowcy literatury na jakimś hiszpańskim uniwersytecie, podróżowali samochodem po Włoszech i przypadkowo, z ulicy, weszli na wernisaż. Zachwycił ich jeden z moich obrazów. Prosili mnie tak bardzo, że od ręki zgodziłam się go sprzedać. Tyle że nie mieścił się w ich niewielkim samochodzie. No to rozebrałam blejtram, zwinęłam płótno i dałam im dwa pakunki do złożenia w domu - prawdziwe do it yourself!

Dwa lata temu miałam wystawę w jednej z krakowskich galerii i sprzedałam wtedy sześć obrazów.

Źródło: Duży Format
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':