http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Budowniczy stadionu narodowego. Portret Marka Stefańskiego

Krystyna Naszkowska
2009-08-24, ostatnia aktualizacja 2009-08-23 21:21

- 350 mln zł robi wrażenie! - mówi Adam Ruciński z firmy doradczej BTSG. Tyle właśnie może dostać za swój pakiet budowlanej Pol-Aquy jej założyciel Marek Stefański, jeśli zdecyduje się sprzedać akcje hiszpańskiemu inwestorowi


Fot. Jacek Łagowski / Agencja Gazeta
ZOBACZ TAKŻE
Do czasu rozstrzygnięcia transakcji Marek Stefański nie zamierza udzielać wywiadów. Nie wiadomo więc, dlaczego zdecydował się sprzedać udziały w firmie, skoro jeszcze przed kilkoma miesiącami zapowiadał, że będzie dokupował akcje. Dlaczego sprzedaje znacznie taniej, niż kupował zaledwie parę miesięcy temu? I co zamierza zrobić z tak gigantyczną kwotą, jeśli sprzedaż dojdzie do skutku?

Pol-Aqua to potęga budowlana na polskim rynku. W roku ubiegłym zarobiła 37 mln zł przy przychodach prawie 1,9 mld zł. Na giełdzie jest warta 700 mln zł, zatrudnia ok. 3 tys. osób. Najnowsze osiągnięcie Pol-Aquy to wygrana w przetargu na głównego wykonawcę mostu Północnego w Warszawie. Ale ma na koncie wiele innych sukcesów: uzbrojenie gruntów pod warszawskie Miasteczko Wilanów, prace przy największych stołecznych centrach handlowych, Trasie Siekierkowskiej i tunelu pod Wisłostradą, wreszcie budowa Stadionu Narodowego.

Wezwanie na akcje Pol-Aquy ogłosiła 31 lipca hiszpańska firma budowlana Dragados. Zaproponowała 27 zł za akcję. Dragados już buduje w Polsce autostrady i obwodnice i zamierza budować jeszcze więcej. Pomysł, by kupić Pol-Aquę, numer dwa na polskim rynku budownictwa inżynieryjnego, nikogo więc nie dziwi. Zapisy na akcje ruszyły 19 sierpnia i potrwają do 21 września. Hiszpanie chcą kupić aż 66 proc. akcji. Stefański i jego podmioty zależne mają 47,34 proc., resztę będą musieli dokupić na giełdzie. Wprawdzie Dragados zapowiada, że jeśli do 21 września nie uda się zrealizować powyżej 49,5 proc., wycofa się z inwestycji, ale analitycy są pewni, że mając zgodę Stefańskiego, Hiszpanie bez trudu kupią zaplanowane 66 proc. firmy.

Jeśli Marek Stefański sprzeda swoje akcje i zechce pieniądze zainwestować, może szybko poszybować na liście najbogatszych Polaków. - 350 mln zł to oczywiście znacznie mniej niż wynosiła wartość akcji przed kryzysem - ocenia Adam Ruciński z firmy doradczej BTSG. - Ale mamy kryzys, większość spółek jest nisko wyceniania, więc dziś taka suma na inwestycje to naprawdę dużo.

Milczący biznesmen

Kim jest jeden z najbogatszych Polaków, w ubiegłym roku na 20. miejscu listy miesięcznika "Forbes"? Na pewno milczkiem. Dla mediów wypowiada się tylko wyjątkowo i tylko na tematy biznesowe, o jego życiu osobistym wiadomo niewiele. Można go zaliczyć do tej grupy polskich biznesmenów, którzy zaczynali od przysłowiowej złotówki. Z tym, że Stefański, absolwent Wyższej Szkoły Ekologii i Zarządzania w Warszawie, zaczynał dosłownie od jednej złotówki. Kiedy w 1990 r. zakładał firmę, jej kapitał założycielski wynosił 10 tys. zł - ale było to przed denominacją, więc był to dokładnie 1 nowy złoty.

Założył własną firmę, bo jego ówczesny szef, kierownik państwowego przedsiębiorstwa zajmującego się melioracją, odmówił mu premii. Zdaniem Stefańskiego kierującego wówczas pracami popowodziowymi na terenie województwa płockiego odmówił bezzasadnie. Odszedł więc i założył własną firmę, na początek zatrudniając czterech pracowników - w tym brata i dwóch kolegów.

Punktem zwrotnym w jej rozwoju okazała się współpraca ze szwedzką firmą Scan Produkt. Szwedzi budowali na początku lat 90. dla Ikei - wchodzącej wówczas do Polski - centrum logistyczne w Piasecznie. Potrzebowali polskiego podwykonawcy do odwodnienia bocznicy kolejowej, przez którą trzeba było przewozić materiały na plac budowy. Żadna duża firma nie zamierzała się tego podjąć, bo robota była drobna - na kilka dni. Podobno to PKP poleciły Stefańskiego. Zrobił, co miał zrobić, a zadowoleni z tej współpracy Szwedzi zaczęli mu zlecać kolejne, już większe roboty. Np. na budowę infrastruktury przy zakładach Coca-Coli, a potem przy budowie zakładu szwedzkiej firmy kosmetycznej Oriflame.

W 1993 r. Stefański zatrudniał już 120 osób. Wtedy też po raz pierwszy wygrał samodzielnie przetarg na przygotowanie infrastruktury pod budowę osiedla w Warszawie przy Lesie Kabackim - budował drogi dojazdowe, parkingi, kanalizację, wodociągi. Od tej pory Pol-Aqua zaliczana była do firm średniej wielkości.

Potem już poleciało i dziś może się pochwalić pracami przy budowie największych warszawskich centrów handlowych - Arkadii, Galerii Mokotów, Złotych Tarasów, a także Trasy Siekierkowskiej i tunelu pod Wisłostradą. Ostatnio Pol-Aqua przygotowuje też warszawski stadion na Euro 2012. Na wszystkich ciężarówkach firma wymalowała dumnie hasło "Budujemy Stadion Narodowy".

Pol-Aqua robi wszelkie roboty ziemne, jak wodociągi i kanalizacje, a także rurociągi gazowe i naftowe, oraz buduje drogi i stawia konstrukcje stalowe. Wśród swoich konkurentów ma opinię firmy drapieżnej, która bez skrupułów rozpycha się na rynku, a wszystko podporządkowuje głównemu celowi prezesa, właściciela i głównego akcjonariusza: zdobycia pozycji lidera na rynku. Od lat wiadomo było, że ambicją i marzeniem Stefańskiego jest pokonanie największego konkurenta, czyli Grupy Kapitałowej PBG z Wielkopolski.

Tym bardziej zdziwiła więc wszystkich jego styczniowa decyzja o rezygnacji z fotela prezesa. Zamienił go na fotel przewodniczącego rady nadzorczej. Dlaczego? Tłumaczył to powodami osobistymi - tym że jest zmęczony i chce więcej czasu spędzać z rodziną. Na pewno stracił na tym finansowo - jako prezes zarabiał 65 tys. zł miesięcznie, jako szef rady nadzorczej - 10 tys. zł.

Także w styczniu zapewnił, że będzie zwiększać swoje udziały w Pol-Aquie do ponad 50 proc. Kiedy więc stało się jasne, że w lipcu dogadał się z Hiszpanami i zdecydował na sprzedaż swoich akcji, rynek był kompletnie zaskoczony. Zwłaszcza że Hiszpanie zaproponowali 27 zł za akcję, a Stefański jeszcze w 2008 r. kupował je, płacąc po 72 zł za sztukę.

Cień Krauzego

Nie wiadomo, jaki wpływ na decyzję Stefańskiego wywarła jego znajomość z jednym z najbogatszych i najsłynniejszych naszych biznesmenów Ryszardem Krauzem, ale Pol-Aqua na tej znajomości raczej dobrze nie wyszła.

Poznali się, kiedy Stefański budował infrastrukturę dla warszawskiego Miasteczka Wilanów, a Prokom Investements kontrolowany przez Krauzego był generalnym wykonawcą tego osiedla dla kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców.

W połowie 2006 r. Prokom Investments kupił od szykującej się do wejścia na giełdę Pol-Aquy 23 proc. akcji. Zapłacił po 23 zł za sztukę, czyli ok. 104 mln zł. Wiosną 2007 r. Krauze dokupił jeszcze akcji do 37 proc. Tym razem już po 40 zł za sztukę. W sumie wydał na akcje Pol-Aquy ponad 280 mln zł. Ponad połowę tej zapłaty stanowiła część kontrolowanej przez Prokom firmy budowlanej Polnord zajmującej się generalnym wykonawstwem.

Stefański za pieniądze z emisji akcji kupił kilka mniejszych firm budowlanych (m.in. 80 proc. Mostostalu Pomorze za 48 mln zł) i stworzył grupę kapitałową.

Pol-Aqua weszła na GPW w lipcu 2007 r. Za akcje płacono po 77 zł. Już w trzy tygodnie po debiucie giełdowym Krauze zaczął sprzedać swoje udziały w firmie Stefańskiego, a po czterech miesiącach, pod koniec 2007 r. pozbył się ich niemal całkowicie. Dostał za nie prawie 600 mln zł, czyli ponad dwa razy więcej niż zainwestował.

Stefański tłumaczył wtedy, że Krauze sprzedał udziały, by nie pogrążać spółki, której akcje kilkakrotnie tąpnęły. Istotnie od sierpnia akcje spółek Krauzego leciały na łeb na szyję, bo nagle okazało się że znalazł się on na celowniku ówczesnego ministra sprawiedliwości w rządzie PiS Zbigniewa Ziobry. Zaraz po słynnej konferencji prasowej prokuratora Engelkinga, na której powiązał Krauzego z przeciekiem w aferze gruntowej, inwestorzy zaczęli pozbywać się spółek Krauzego. Prokuratura postawiła mu zarzut składania fałszywych zeznań i utrudnianie śledztwa, dziennikarze koczowali pod domem Krauzego, a w mediach pojawiały się informacje, że załatwiał z Lepperem m.in. obsadę stanowisk w ZUS. W rezultacie Krauze posprzedawał akcje i na wszelki wypadek parę miesięcy spędził za granicą.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 19 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':