- Czy jeśli wynajdę samochód na wodę, mam się troszczyć o los koncernów paliwowych? - irytuje się Peter Sunde Kolmisoppi, najbardziej niewyparzona gęba wśród rzeczników prasowych. Nie dziwota - od kilku lat jest w mediach głosem jednego z największych serwisów pirackich. A taka rola zobowiązuje.
Spowiedź założyciela Pirate Bay Czekamy, aż nasz prawnik wytrzeźwieje 31-letni Sunde to jedna z trzech głównych osób stojących za Zatoką Piratów (Pirate Bay), którą w szczycie popularności odwiedzało co miesiąc ponad 25 mln osób z całego świata.
Jaja jak Piraty - więcej o przejęciu Pirate Bay na blogu Tomasza Grynkiewicza Serwis działa niczym ogromna książka telefoniczna. Z tą różnicą, że zamiast nazwisk i numerów przechowuje adresy internetowe (linki) do filmów, muzyki, gier komputerowych. Fizycznie filmów czy muzyki na serwerach spółki nie ma. Ale wystarczy wpisać np. nazwę zespołu i wiadomo, skąd ściągnąć płyty Pearl Jam albo gdzie znaleźć ostatnią część "High School Musical". Za darmo.
"Możecie tego nie wiedzieć, ale
Szwecja nie jest stanem
USA. To taki kraj na północy Europy, gdzie amerykańskie prawo nie działa" - tak Pirate Bay odpisał na żądania wytwórni DreamWorks, która zażądała, aby Pirate Bay usunął linki prowadzące do ich filmów.
Prawnikom
Apple'a dziękują za dostarczenie rozrywki, tych z WarnerBros nazywają idiotami. "Akurat skończył się papier toaletowy, na waszym miejscu wstrzymałbym się z przesyłaniem pism" - odpisują. "Rozważ zrezygnowanie z czerwonej czcionki" - piszą komuś innemu. Gdy Electronic Arts zażądało, by z Pirate Bay zniknął link do nielegalnie udostępnionej kopii
gry "The Sims 2", riposta brzmiała: "Wstrzymajcie się z pozwem, aż nasz prawnik wytrzeźwieje i przejdzie mu kac".
Peter Sunde próbkę pirackiej nonszalancji zaprezentował też w rozmowie z "Gazetą". Gdy zapytaliśmy o ewentualną ugodę z koncernami filmowymi i muzycznymi, odparł: - Mógłbym sobie ją wyobrazić tylko w jednym wypadku: gdyby dali nam kupę forsy i zgodzili się na zamknięcie działalności.
Historia Zatoki Piratów, która przez ostatnie lata spędzała sen z powiek sztabom hollywoodzkich prawników, zaczęła się w listopadzie 2003 r. Pomysł na serwis, w którym każdy internauta mógł zamieścić link do dowolnego pliku, wykluwa się w szwedzkiej organizacji Piratbyran (Biuro Piratów) walczącej z archaicznym - ich zdaniem - prawem autorskim. Nabiera tempa, gdy w 2004 r. w opiekę serwis biorą dwaj Szwedzi - programista Gottfrid Svartholm i Fredrik Neij. Wkrótce dołącza do nich Peter Sunde. Szybko okazuje się, że większość użytkowników pochodzi spoza Szwecji (powstają międzynarodowe wersje), i że na obsługę serwisu potrzeba czegoś więcej niż łącza firmy, w której pracuje Svartholm. Rośnie liczba użytkowników, rozrasta się baza linków do plików.
Serwery w muzeum, piraci w Brukseli Im większa jest Zatoka Piratów, tym silniej prawnicy koncernów usiłują ją zamknąć, podobnie jak wcześniej udało się to im z Napsterem (dziś jest legalny i płatny), Morpheusem czy Groksterem.
W nalocie na Pirate Bay z 2006 r. policjanci konfiskują serwery, a nawet faks i czyste płyty CD. Po trzech dniach przerwy serwis wraca do sieci. Muzeum Narodowe Nauki i Technologii wykupuje jeden ze skonfiskowanych w nalocie serwerów.
W kwietniu tego roku w sądzie w Sztokholmie Sunde, jego dwaj koledzy z Pirate Bay oraz finansujący ich prawicowy przedsiębiorca Carl Lundström, znany ze wspierania ugrupowań nacjonalistycznych, zostali skazani za pomocnictwo w łamaniu praw autorskich. Wyrok: rok więzienia i 30 mln szwedzkich koron odszkodowania (ok. 3,6 mln dol.). Czwórka Szwedów złożyła apelację.
A chociaż załoga Pirate Bay pierwsze starcie w szwedzkim sądzie przegrywa, wyrok mobilizuje tysiące internautów - szwedzka Partia Piratów, niepowiązana z serwisem, choć bliska mu ideologicznie, zdobywa 7,1 proc. głosów w wyborach do europarlamentu. I jedno miejsce w Brukseli.
Lista zamyka się na wyroku sprzed trzech tygodni - pod koniec lipca sąd w Holandii uznał racje antypirackiej organizacji BREIN. Postawił ultimatum: albo Zatoka przestanie działać, albo za każdy dzień zwłoki zapłaci 30 tys. euro (maksymalnie ta kwota może sięgnąć 3 mln euro). Nikt z pozwanych nie zjawił się na sali. A nie zjawił się, bo prawnicy nie byli w stanie wręczyć zawiadomień o pozwie i informacje o nich wysyłali członkom Zatoki Piratów m.in. na... Twitterze.
Paulo Coelho, którego kopie książek to nierzadki gość wśród linków w Zatoce Piratów, oferuje pomoc w charakterze świadka w sądzie. "Kto się nie dzieli, nie dość, że jest samolubny, to jeszcze zgorzkniały i samotny" - miał powiedzieć znany powieściopisarz.
- My prawa nie łamiemy. Wierzę, że wyroki sądowe ostatecznie potwierdzą nasze racje - mówi "Gazecie" Sunde.
Gdyby Zatoki Piratów nie było, miliony internautów filmami czy muzyką dzieliłoby się i tak.
Gdy pytam, jaką widzi alternatywę dla przemysłu filmowego i muzycznego, którym internet wywraca biznes do góry nogami, odpowiada: - Za dzielenie się filmami, kopiowanie muzyki na własny użytek nie powinno się nikogo ścigać. Twórczość przez to nie zginie, jedynie spółki, które nie będą w stanie egzystować w dobie internetu. Ale to problem koncernów, nie nasz, ani nie ich dotychczasowych klientów. I dodaje, że już sama popularność Zatoki Piratów pokazuje, że stary system praw autorskich jest dziurawy niczym ser szwajcarski.