Google chce stworzyć największą na świecie elektroniczną bibliotekę. Od pięciu lat skanuje książki znajdujące się w amerykańskich i w europejskich zbiorach. Do tej pory udało mu się przekształcić w pliki ponad 7 mln tomów na całym świecie.
Tyle że większość z nich zeskanował bez zgody wydawców i autorów. Google tłumaczył, że prosić o nią nie musi, powołując się na klauzulę dozwolonego użytku. Z tym nie zgadzają się amerykańscy wydawcy i
bibliotekarze. Razem z Amazon,
Microsoft i Yahoo! powołali "Open Book Alliance", które ma pokrzyżować plany Google'a. Wkrótce do grupy ma też dołączyć Amerykańskie Stowarzyszenie Dziennikarzy i Autorów czy Nowojorskie Zrzeszenie Bibliotek.
- Google próbuje zmonopolizować system biblioteczny - powiedział Brewster Kahle, twórca Internet Archive, darmowego archiwum, w którym można znaleźć ponad pół miliona książek.
Open Book Alliance domaga się, aby Departament Sprawiedliwości
USA przyjrzał się sądowej ugodzie Google z amerykańskimi wydawcami książek z jesieni ub.r. Zgodnie z nią właściciele praw do książki, którą koncern udostępni w serwisie Google Book Search, otrzyma 63 proc. przychodów z reklam wyświetlanych przy fragmentach książki. Google wyda też 125 mln dol. na stworzenie rejestru praw autorskich.
Sęk w tym, że zgodnie z amerykańskim prawem, jeśli któryś z wydawców nie chce ugody, musi to zgłosić najpóźniej do 4 września tego roku. Dotyczy to nie tylko wydawców z USA, ale także z całego świata, w tym z Polski. Potem - o ile sąd w październiku zatwierdzi ugodę - Google będzie miał w USA wolną rękę.