Sąd Okręgowy w Poznaniu oddalił w piątek zażalenie rodziców Róży na odebranie im córeczki tuż po urodzeniu. W enigmatycznym uzasadnieniu sąd stwierdził, że kierował się "dobrem dziecka, przy pasywności matki w sprawowaniu opieki rodzicielskiej oraz braku czasu u ojca dziecka".
To uzasadnienie kuriozalne. Matek "pasywnych" i ojców, którzy nie mają czasu, jest multum i nikt im jakoś z tego powodu dzieci nie odbiera.
Nie odbiera się dzieci bitych przez rodziców, bo bicie to u nas uświęcona tradycją metoda wychowawcza. Nie odbiera się dzieci terroryzowanych, że muszą przynosić same szóstki - czasem doprowadzanych do prób samobójczych. Bo dziecko ma się dobrze uczyć. Ale odbiera się z powodu biedy i nieporządku w gospodarstwie.
Jak na razie pasywność matki i brak czasu ojca zaowocowały całkiem nieźle - rodzeństwo Róży jest zdrowe, rezolutne i dobrze wychowane. Ale to sądowi nie wystarcza i ma "wątpliwości", czy matka sobie poradzi, bo kiedyś chorowała na depresję i odebrano jej dzieci z poprzedniego związku. Może też zbyt pochopnie. I było to kilkanaście lat temu. Teraz cała wieś z proboszczem na czele świadczy, że rodzice Róży to porządni ludzie i umieją wychować własne dzieci. Jeśli sąd nie wierzy - może ustanowić kuratora. Niech przychodzi, nawet codziennie, niech kontroluje. Ale żeby z powodu "wątpliwości" zabierać niemowlę karmiącej matce? Tego nie robi się nawet w więzieniu!
Są już chętni na Różę, którzy zapewne sądowi bardziej się podobają. Tylko że Róża ma prawo - gwarantowane m.in. konwencją o ochronie praw dziecka - aby wychowywać się we własnej rodzinie. A cała rodzina ma prawo do bycia razem - wedle konstytucji nazywa się to prawem do życia prywatnego i rodzinnego. Sąd nie wyjaśnił wczoraj, dla ochrony jakich to ważniejszych wartości im to prawo zabiera.
Władza-opieka społeczna odebrała dziecko, a władza-sąd władzę-opiekę wspiera. Bo władza ma zawsze rację. Tak to przynajmniej wygląda z boku.
Źródło: Gazeta Wyborcza