Takie rozwiązania przewiduje gotowy już projekt zespołu posłanki PO Małgorzaty Kidawy-Błońskiej.
Posłowie Platformy niedługo będą się decydować: czy poprzeć konserwatywny projekt Jarosława Gowina, czy ten - znacznie bardziej liberalny.
Projekt Kidawy-Błońskiej to dwie nowelizacje: ustawy o przeszczepianiu tkanek i narządów (tzw. transplantacyjnej) i kodeksu rodzinnego. I projekt osobnej ustawy bioetycznej.
W części dotyczącej in vitro jest bardzo podobny do projektu "społecznego" przygotowanego z inicjatywy Federacji na rzecz Kobiet i Stowarzyszenia "Nasz Bocian". Może dlatego, że oba bazują na przygotowanej trzy lata temu w Ministerstwie Zdrowia nowelizacji ustawy transplantacyjnej. Przygotowywał go m.in. prof. Leszek Kubicki, który pracował też nad "projektem społecznym". I prof. Waldemar Kuczyński, który z kolei konsultował projekt zespołu Kidawy-Błońskiej.
Projekty różnią się jednak w kilku ważnych punktach. Projekt Kidawy-Błońskiej zakazuje niszczenia zarodków zdolnych do rozwoju - czyli każdy, który nie zostanie implantowany, musi być przechowywany w nieskończoność. "Projekt społeczny", pod którym podpisy - głównie posłów lewicowych (z PO Joanny Muchy i Kazimierza Kutza) zebrał poseł Marek Balicki, pozwala biologicznym rodzicom zdecydować o zniszczeniu zarodka.
"Projekt społeczny" nie ogranicza in vitro do par - może też z niego korzystać kobieta samotna. Projekt Kidawy-Błońskiej (w części nazwanej ustawą bioetyczną) mówi, że "Korzystanie z technik rozrodu wspomaganego medycznie dopuszczalne jest dla małżeństw i par heteroseksualnych". - Dla mnie jest oczywiste, że leczenie niepłodności może dotyczyć tylko par heteroseksualnych, bo przecież para homoseksualna nie może mieć wspólnego zarodka - tłumaczy Agnieszka Kozłowska-Rajewicz (PO), która pracowała nad projektem. Ale przyznaje, że zarezerwowanie in vitro dla par, i to par wyłącznie heteroseksualnych, jest świadomym wyborem światopoglądowym autorów.
Oba projekty - "społeczny" i liberalnego skrzydła PO - dopuszczają badania preimplantacyjne zarodków, pod warunkiem że nie służą wyborowi płci dziecka. W przeciwieństwie do projekt Gowina, który z ryzykiem wad genetycznych radzi sobie, rezerwując procedurę in vitro tylko dla osób niedotkniętych "upośledzeniami genetycznymi".
Zapasowe zarodki o "zachowanym potencjale rozwojowym" mają być zamrażane. Tego zakazuje projekt Gowina - trzeba wszczepiać jednorazowo wszystkie.
Projekt Gowina zakazuje też wszelkich badań nad komórkami macierzystymi (to badania, które mogą pomóc w leczeniu m.in. ciężkich schorzeń neurologicznych). Projekt "społeczny" i Kidawy-Błońskiej pozwalają na takie badania, pod warunkiem że komórki macierzyste nie pochodzą z zarodka.
Częścią propozycji zespołu Kidawy-Błońskiej jest ustawa bioetyczna regulująca - na wzór Europejskiej Konwencji Bioetycznej (którą Polska podpisała, ale jej nie ratyfikowała) - podstawowe zagadnienia bioetyczne. Podobnie zrobił w swoim projekcie Gowin. Jednak Gowin zmierzył się z problemem prawa do śmierci, przewidując tzw. testament życia, czyli możliwość zastrzeżenia zawczasu niezgody na pewne formy terapii przedłużającej życie (umieranie). A zespół Kidawy-Błońskiej w ogóle nie poruszył tego problemu. - Jeszcze za wcześnie na regulowanie tych kwestii. Nie odbyła się poważna społeczna debata - tłumaczy Agnieszka Kozłowska-Rajewicz.
Za to jej projekt - podobnie jak Gowina - uniemożliwia wykorzystywanie testów genetycznych do selekcjonowania pracowników czy klientów przez pracodawcę lub firmy ubezpieczeniowe. To temat, który na świecie budzi kontrowersje. Np.
Szwajcaria złożyła zastrzeżenie do podobnego zakazu zawartego w konwencji bioetycznej i tam testy mogą zdecydować o wysokości ubezpieczenia emerytalnego czy na życie.
We wrześniu w Sejmie znajdzie się więc pięć projektów regulujących zapłodnienie in vitro, w tym dwa szersze - dotyczące bioetyki. Zdaniem Kozłowskiej-Rajewicz wszystkie dostanie komisja zdrowia (kierowana zresztą przez autora jednego z restrykcyjnych projektów Bolesława Piechę z
PiS), która ulepi z nich jeden projekt.