Premier obiecał, że państwo wypłaci rodzinie każdego z 75 zabitych i uznanych za zaginionych w wyniku poniedziałkowej katastrofy po milionie rubli (ok. 92 tys. zł). Zobowiązał spółkę RusHydro, do której należy elektrownia, by przekazała każdej z rodzin taką samą sumę.
Władimir Putin przestrzegł też energetyków, by nie próbowali zbyt wysoko podnosić cen prądu.
Podwyżki jednak będą i to znaczne bo Sajano-Szuszeńska Elektrownia Wodna dawała przecież jedną czwartą elektryczności wytwarzanej na Syberii, a jej remont potrwa być może nawet kilka lat. Władze Krasnojarska i Abakanu wezwały mieszkańców obu tych miast do oszczędzania prądu.
Eksperci pracujący na miejscu katastrofy wciąż nie potrafią powiedzieć, co ją spowodowało. Być może było to tak zwane "hydrouderzenie", czyli raptowny skok ciśnienia w rurociągu, którym woda spada na jedną z turbin z korony tamy wysokiej na 245 m. Taki skok mógł wywołać nagłe zatamowanie strumienia. Co jednak mogłoby zatrzymać spadającą wodę - nie wiadomo. Pracownicy elektrowni są przekonani, że doszło do katastrofy, gdy rozleciała się jedna z eksploatowanych ponad miarę przestarzałych turbin.
Wczoraj grupa nazywająca się Batalionem Męczenników opublikowała w internecie komunikat, że to ona spowodowała tragedię, podkładając bombę zegarową. Sabotaż ma zapowiadać nową wojny ekonomiczną z Rosją, podczas której czeczeńskie podziemie zamierza atakować ważne obiekty przemysłowe.
Przechwałkom Batalionu Męczenników zaprzeczają eksperci służb specjalnych, którzy już we wtorek stwierdzili, że w zrujnowanej maszynowni elektrowni nie ma śladów materiałów wybuchowych.
Kreml odmówił komentowania "idiotycznych" - jak to określił - twierdzeń czeczeńskich.
Bojownicy z Kaukazu kłamią przy każdej takiej okazji i gotowi są przyznać się do wywołania tsunami. Gdyby na Moskwę spadł asteroid, można być pewnym, że pochwalą się, iż to ich dzieło. Jeden z czeczeńskich komendantów Salman Radujew przypisywał sobie odpowiedzialność za każdy wypadek lotniczy czy awarię w Rosji.