Marcin Wojciechowski: Kiedy pan dowiedział się o zawarciu paktu Ribbentrop-Mołotow? Siergiej Kowaliow: W 1939 r. miałem dziewięć lat. Mieszkaliśmy pod Moskwą. Głównym kontaktem ze światem było dla nas wtedy
radio. Pamiętam zmianę tonu na temat faszystowskich Niemiec, które nagle z głównego wroga, bohatera kpin i wymyślań przekształciły się w sojusznika. Moi rodzice raczej nie dopuszczali nas z bratem do domowych dyskusji politycznych. Pamiętam jednak wizytę wujka, który uczestniczył w ataku na Polskę po 17 września. Nazywało się to akcją pomocy dla słowiańskich braci z zachodniej Białorusi i Ukrainy. Wujek opowiadał, w jak fatalnym stanie była nasza armia w czasie tego "wyzwoleńczego pochodu". Żołnierze mieli po jednym karabinie na trzech. Podsłuchiwałem tę rozmowę z drugiego pokoju. Pamiętam, że się popłakałem, bo opowiadanie wujka uraziło mój dziecięcy patriotyzm. Było mi bardzo przykro słyszeć, w jakim stanie była nasza armia. Pamiętam też ostre przemówienia ówczesnego szefa radzieckiej dyplomacji Wiaczesława Mołotowa, pełne nienawiści wobec Polski, Anglii i Francji, za to bardzo wyrozumiałe dla Niemiec. Byłem tym mocno zdezorientowany, bo wcześniej tłumaczono nam od kilku lat, że trzeba walczyć przede wszystkim z faszyzmem.
Jaką logiką kierował się Stalin, zawierając pakt z Niemcami? - Można to zobaczyć w odwróceniu, analizując, jak propaganda sowiecka w czasach bardziej odległych i współczesnych tłumaczyła, dlaczego Stalin podpisał ten pakt. W czasie pierestrojki i na początku lat 90. próbowano powiedzieć całą prawdę o pakcie. Dziś znów powraca się do tłumaczeń i usprawiedliwień z lat 40. i powojennych.
Jakie to tłumaczenia? - Przede wszystkim, że pakt Ribbentrop-Mołotow to bezpośredni skutek układu z Monachium, czyli wina Zachodu. Monachium - zdaniem naszych propagandzistów - to było utworzenie wspólnego antyradzieckiego frontu państw imperialistycznych. A pakt Ribbentrop-Mołotow był próbą przełamania tej niekorzystnej dla Moskwy sytuacji. Pozwolił Stalinowi lepiej przygotować się do nieuniknionej napaści ze strony hitlerowskich Niemiec.
To bezwstydne, wręcz haniebne kłamstwo.
Jakie były w takim razie prawdziwe intencje Stalina? - Dość oczywiste. Wynika to z treści tajnego protokołu, z dołączonych do niego map, projektów przyszłej linii demarkacyjnej między III Rzeszą i ZSRR oraz wydarzeń, które nastąpiły po podpisaniu paktu. Chodziło o to, by dwóch agresorów podzieliło ziemie leżących między nimi państw. Stalinowski Związek Radziecki jest takim samym inicjatorem II wojny światowej jak hitlerowskie Niemcy. No, może młodszym bratem. A jeśli przypomnimy sobie wypowiedzi Mołotowa o Polsce, Anglii i Francji, to wszystko będzie zupełnie jasne. Mołotow mówił już po wypowiedzeniu Niemcom wojny przez Anglię i Francję, że przeciwko ideologii - nazizmowi - nie należy używać siły, ale przyjmować ją lub odrzucać. Polskę zaś nazywał "antyludową imperialistyczną strukturą", "pseudopaństwem", które "nie ma racji bytu na mapie Europy". Zresztą na sowieckich mapach wydanych po wrześniu 1939 czy w 1940 r. Polski nie było.
Czy tezę, że Stalin przewidział napaść Hitlera na ZSRR da się obronić? - To kolejna iluzja. Moim zdaniem Stalin i inni sowieccy przywódcy, podpisując pakt z Hitlerem, liczyli na w miarę trwały pokój. Świadczy o tym brak wiary Stalina w dane wywiadowcze z początku 1941 r., że Niemcy szykują się do pochodu na Moskwę. Hitlerowskie Niemcy miały być trwałym partnerem strategicznym stalinowskiej Rosji. To była umowa dwóch katów, dwóch ludojadów. Myślę, że Stalin był tego całkowicie świadomy. To Hitler prowadził bardziej finezyjną grę. Oczywiście w dalszej perspektywie mogło dojść do konfliktu między Moskwą a Berlinem, ale w 1939 r. czy nawet 1940 r. Stalin na pewno go nie chciał. Z drugiej strony nie sądzę, by Stalin miał ochotę wspierać Hitlera w jego wojnie z Europą Zachodnią. Myślę, że zadowalały go zdobycze z paktu Ribbentrop-Mołotow.
Czy to prawda, że Stalin mógł się szykować do ataku na hitlerowskie Niemcy? Rzekomo po to miał mu być potrzebny czas po 1939 r. Taką tezę lansuje w swoich książkach b. oficer KGB Wiktor Suworow, który w latach 70. przeszedł na stronę Zachodu. - To czystej wody spekulacje bez potwierdzenia w archiwach. Gdyby tak było, to Armia Czerwona nie poniosłaby w 1941 r. tak wielkiej klęski pod naporem niemieckich dywizji. Kraj szykujący się do wielkiej wojny nie przegrywa potem w ciągu kilku miesięcy.
Dlaczego do dziś oficjalni historycy rosyjscy starają się usprawiedliwiać Stalina, że zawarł w 1939 r. pakt z Hitlerem? - Raczej starają się zachować dobrą minę do złej gry. Mówią o błędach Stalina, ale rzeczywiście starają się wczuć w jego sytuację. Nie usprawiedliwiają całej polityki Stalina, ale są wyjątkowo łagodni dla jego działań pod koniec lat 30. Dla obecnej elity rządzącej w Rosji Stalin to przede wszystkim dobry menedżer, który w latach 20. stanął przed trudnym zadaniem szybkiej modernizacji kraju. Nie miał innego wyjścia niż postawić na industrializację, przymusową kolektywizację, wielkie zmiany społeczne. Nie mógł działać miękko, ewolucyjnie, bo kraj był bardzo zacofany. Oczywiście przesadził, bo był terror, ofiary, Wielki Głód, czystki, ale kierunek ogólnie był słuszny.
Coraz rzadziej mówi się o zbrodniach stalinowskich, a coraz częściej o błędach, odstępstwach od ogólnie słusznej linii politycznej, w której pojawiły się zbędne elementy. Mniej więcej taką samą logiką kierują się osoby, które rządzą dziś Rosją. One też uważają, że dla wzmocnienia potęgi Rosji, utrzymania jej statusu mocarstwa, choćby na papierze, trzeba ponosić rozmaite ofiary, wyrzeczenia, poświęcać demokrację, prawa człowieka, psuć stosunki z sąsiadami. Mentalność oblężonej twierdzy, wokół której wrogowie dybią na naszą niepodległość i dobrobyt, jest wciąż żywa, a wręcz sztucznie podtrzymywana w Rosji. Żeby się o tym przekonać, wystarczy, że włączy pan dowolny kanał telewizji rosyjskiej.
Po co w takim razie pod auspicjami Kremla powstają komisje przeciwko fałszowaniu historii, które próbują usprawiedliwić np. pakt Ribbentrop-Mołotow? - Ano właśnie po to, żeby zafałszować sowiecką historię dla utrzymania jej patriotyczno-heroicznej wymowy. Mamy długą tradycję, że nasze organy robią dokładnie coś przeciwnego do tego, co teoretycznie zawarte jest w ich nazwie. Komisja przeciwko fałszowaniu historii będzie teraz z całej siły zaprzeczać, że pakt Ribbentrop-Mołotow był umową dwóch zbójów, którzy podzielili między sobą kawałek Europy.
II wojna światowa i mit zwycięstwa nad Hitlerem mają u nas znaczenie niemal sakralne. Dlatego przemilcza się, wygładza to, co mogłoby go przyćmić. Oficjalnie nazywa się to walką z fałszowaniem historii, a w rzeczywistości jest fałszowaniem historii, i to na potęgę. Dla utrzymania tego mitu za wszelką cenę trzeba udowodnić, że przeszłość radziecka była heroiczna. A jeśli ktoś temu zaprzecza, np. Polacy, Ukraińcy, mieszkańcy państw bałtyckich, to automatycznie staje się naszym wrogiem.