Czemu zostałam mobilkiem*? Kiedy byłam mała, dorastałam w domu dziecka pod Szczecinem. Mniejsza o to. W każdym razie marzenia o wolności, przestrzeni, takie tam. Dużo zrobiłam, żeby wymazać z pamięci tamten okres. Zapomniałam o chlebie z puszki, zapomniałam wszystko poza tym, jak zakochała się we mnie dyrektorka i nauczycielka gimnastyki w jednym, niech ją pokopie. Tego nie zapomnę! Starałam się być przezroczysta, nie istnieć, chudłam i nikłam w oczach, ale ona sprytnie wybrała sobie przedmiot. Była specjalnie odpowiedzialna za rozwój naszych ciał, a ja już wtedy miałam duży biust, który jakoś nie dawał się zagłodzić, najwyraźniej służyła mu przypalona zupa mleczna. Właściwie nie zakochała się, bo jak się kogoś kocha, to nie leje się go w gabinecie higienicznym! Nie każe mu się skakać tysiące razy przez kozioł. Nie katuje się go skakanką. Nie smaruje paznokci jodyną.
Miała męską ksywę: Kapral. Kapral - baba! Wyobraźcie sobie, jest rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty, Gierek dochodzi do władzy, Kapral z klawiszki (gadziny) w więzieniu we Wronkach awansuje na kierowniczkę Domu Dziecka "Wesoły Krasnoludek" pod Szczecinem, jak się jedzie na Wolin, połączonego na jej szczęście z domem poprawczym... Chodziła ubrana w coś pomiędzy mundurem a kostiumem z szarego samodziału. Jedyną książką, jaką ta sucha i opanowana osoba w rogowych okularach przeczytała, była francuska wersja "Nadzorować i karać".
Jej sny pełne są zapachu lizolu i pasty do podłóg, starych szkół, w których można kazać bachorom, a szczeg. bachorkom, klęczeć na grochu, a one brykałyby wprost strasznie, obgryzały paznokcie, i wciąż można by je za to wszystko karać, bić, przepraszać. Jest w tych snach dziewiętnastowieczną nauczycielką w jakimś bardzo surowym internacie dla panien, w których budzi się tłumiona seksualność. Chodzi tymi korytarzami wyprostowana jak napięta struna, w gorsecie, twarze z wiszących na ścianach tableaux patrzą na nią surowo. To może jakieś pruskie liceum, pruskie wychowanie i pruski, pruski, pruski zapach moresu i podłóg. Głowa wysoko, jak w niewidzialnej kryzie, jak kukła, i tylko z linijką ciężką, drewnianą chodzi po klasie, a to jest taka bardziej umarła klasa Kantora, i co robi? Leje te dziewczynki na gołe, różowe tyłeczki, które niebawem staną się czerwone. Albo w szkółce niedzielnej leje i każe wkuwać całe kawały Pisma Świętego, te najnudniejsze, ze Starego Testamentu, gdzie nic się nie dzieje, tylko są wymieniane rody, rody, ten zrodził tego, ten jest Achab. Nie raz i nie dwa zostanie tu dodane, że korytarz śmierdzi lizolem i pastą do podłogi, co gryzie się z wiosną za oknami, szczelnie zamkniętymi, od których odchodzi pruska farba całymi płatami, i rodzi się szaleństwo. "Historia szaleństwa" - druga książka dla Kapral do przeczytania - już czeka. Szkoła jest z poczerniałej cegły, to nic wesołego taka placówka! I ona tak uderza w tą pupcię, która nie zna moresu, najpierw linijką drewnianą, a gdy ta się złamie, a złamie się niechybnie, to wtedy biczem, każe zostać po lekcji i biczem raz, biczem dwa, robi się cudowna pręga i pokazuje się młodziutka, młodziuteńka krewka, a wtedy Kapral robi się tak strasznie żal, że wciska usta między te pośladki i pije niczym stary wampir tą młodą krewkę, której tak jej już brakuje, bo jest starą klępą, a przeciwieństwa się przyciągają, przynajmniej od jednej strony: młody bowiem nie zawsze chce posiąść starego. Ale za to stary ma władzę i prawie zawsze chce posiąść młodego, więc jakoś to wszystko się toczy. A Kapral całuje tą różową pupcię, tak jędrną, przepraszam, przepraszam, wybacz mi! Kocham cię, wybacz mi, to dla twego dobra, moje dziecię! Jestem stara i dlatego potrzebuję młodej krwi. Moja dupa przypomina zgniłą pomarańczę i potrzebuję młodego kolagenu. Gdybym mogła, zjadłabym cię, chrup, chrup, mniam, mniam, i stała się tobą, nastolatką!
Miłość takiej osoby do młodziutkiej dziewczyny to miłość młotka do gwoździa, zapalniczki do papierosa, łomu do, kurwa, nie wiem już czego, może biedroneczki. Nie miałam szans. Domyślam się, że w Trzeciej Rzeszy takie właśnie zołzy zostawały aktywistkami. Czytałam "Lot nad kukułczym gniazdem". Polubiłam literaturę amerykańską, bo piszą wprost, o co im chodzi, nie to, co w polskiej. Od razu: "Cześć, nazywam się tak a srak, opowiem wam o tym i o tym, jak pojechaliśmy z kumplami tam i tam, tylko nie mówcie mojemu staremu, że to napisałem, boby mi zapierdolił". Prostota wyrazu. I takie postacie, jak ta zołza z "Lotu", ta cała przełożona pielęgniarek, czyste życie. Normalnie, tak mnie wkurzała, jak czytałam, Jezu! Ale dobre, dobre. Taka sama szmata jak ta de Merteuil z "Niebezpiecznych związków". Tylko że ta z "Lotu" kryła swoje kurewstwo pod przykrywką miłej pańci, która kocha świat i ludzi, a u mnie był hardkor na goło. Idealnie dopasowana do systemu. Ja się przed nią chowałam do pralni, na strych, uciekałam, gdzie tylko mogłam, na tirach marzyłam o wolności, ale na gimnastyce byłam jej.
Postanowiła, że skoro nie chcę jej się oddać, to mnie zniszczy. Na początek uznała, że się garbię. Co prawda garbiłam się tyle, co nóż sprężynowy, no, ale niech jej będzie. Wkładała mi kij w spodnie i kazała tak chodzić całymi dniami, a nawet z nim spać. Przychodziła do mnie do łóżka i lubieżnie macała po plecach, fuj, niby żeby sprawdzić, czy mam tego całego kija. Woreczki z grochem kazała nosić na głowie. Strasznie się ze mnie Łysa i Rzeźniczka śmiały, że chodzę jak księżniczka pod ziarnkami grochu. Na korytarzu wisiał znamienny obrazek, stara rycina: powykręcane drzewo wijące się niespokojnie i na siłę przywiązane do wbitego w ziemię kija. Podpisano: ortopedia.
Gdybym mieszkała w mieście portowym, wymykałabym się patrzeć na statki. Ale że byłam spod miasta prawie portowego, Szczecina, uciekałam na drogę, na wielkie tirowisko przy CPN-ie. W końcu to tylko dwie godziny od Berlina. Wtedy mało było kolorowych rzeczy. Kierowcy, najczęściej grubi i wydziarani, to nie byli Polacy. Nawet jak byli, to nie byli. Jechałam tam na rowerze Wigry 3 pożyczonym z domu dziecka, siadałam z nogami pod brodą, nagryzałam z całej siły jabłko zabrane ze śniadania i wypolerowane masłem, żeby się świeciło, i gapiłam się jak zaczarowana.
Wypracowanie Pewnego dnia Kapral wezwała mnie do gabinetu higienicznego. Szłam korytarzem, ślizgając się w zapachu pasty do podłóg (nigdy wam nie oszczędzę tej pasty!). W gabinecie okno było otwarte, a za nim krzyczeli chłopacy, co grali w nogę. Gołębie gruchotały monotonnie, na nudę upalnego popołudnia. Łu-chu-chu, łu-chu-chu, że też ktoś tym kurwom nie ukręci kiedyś łbów! Ona stała tyłem do okna, z którego odłaziła emalia. Stała jak waga. Pieprzona bogini sprawiedliwości z zasłoniętymi przepaską oczami. W ręku trzymała moje wypracowanie...
Prawdopodobnie uprosiła polonistkę, aby zadała akurat ten temat i pokazała jej, co napisałam, a całą resztę wypracowań to se pani wyrzuci do śmieci i już. Godzinę ma pani wolną, paznokietki na tym skorzystają. Była to najgłupsza w świecie kartkówka, napisz, co sądzisz o wolności, o miłości, o swoim przyszłym, dorosłym życiu. Polonistce nie chciało się prowadzić zajęć, to były już ostatnie lekcje w roku, więc posłuchała "pani kierownik", zadała i piłowała sobie przez godzinę paznokcie. Ale ja tam się trochę za bardzo otworzyłam, coś we mnie pękło i rozpisałam się. Ona była miła, ta polonistka, zołzie bym tych rzeczy w życiu nie opowiedziała. Inne zbywały odpowiedź cynicznymi żartami, kutasy z wymyślnymi fryzurami na punka rysowały na marginesach. A mnie coś napadło, zapełniłam wypracowanie najprawdziwszą tęsknotą za matką, za miłością, akceptacją, za lalką itd. Opisałam moje ucieczki na tiry, marzenia o wolności. No i napisałam, że... No, że bu... To znaczy seksualność. Że się budzi. We mnie. Może przez to lato za oknem? Albo myślałam, że jak wszystko tak dokładnie napiszę, szczerze, aż do bólu, to oni to raz wreszcie zrozumieją, wzruszą się i mnie przytulą? Dla niepoznaki raz po raz zaprawiałam tekst cynicznymi uwagami i brzydkimi wyrazami. Musiał wyjść z tego koktajl Mołotowa dla pedofila, bo Kapral szczytowała.
Teraz spojrzała na mnie spod zaparowanych okularów i zaczęła wypytywać. Zbliżając się lubieżnie. Z drgającymi nozdrzami cytowała fragmenty wypracowania. Krzyknęłam:
- Pani nie ma prawa!
- Moje dziecko, zastępuję ci matkę! Nie zapominaj, iż jestem nie tylko kierowniczką tej placówki i nauczycielką wychowania fizycznego, lecz także szkolną higienistką. Przyszedł czas, aby wreszcie cię zbadać, długo zwlekałam... W twoim ciele zachodzą zmiany typowe dla twego wieku, powinnam sprawdzić, czy rozwijasz się prawidłowo. Inne dziewczęta już dawno przeszły te badania... Połóż się na kozetce... Rozbierz się, lekarza nie musisz się wstydzić.
W babę i lekarza chciała się ze mną bawić!
- No chodź... Chodź do mamusi... Co tu piszesz, że tęsknisz do mamusi, że ci miłości brakuje, chodź, chodź, przytul się... Ja twoja mamusia, no, otrzemy łezki, nie bój się, pani dyrektor nie gryzie. - I lalkę szmacianą wyciąga!
Teraz wiem, do czego doprowadza ludzi życie w pancerzu i bez zaspokajania latami najelementarniejszych potrzeb emocjonalnych. Że może nie tyle brakuje seksu, ile do pierwszego lepszego niewinnie wyglądającego dziecka chciałoby się przytulić i dać mu lalkę. Do kogokolwiek się przytulić i rozkleić się. A Kapral żyła w obozie koncentracyjnym uczuć. Jakiś miesiąc przed tymi wypadkami na stołówce zamontowano
wideo, które od razu stało się pomocniczym wynalazkiem władzy - za karę nie będzie, w nagrodę - będzie. No i Łysa z Rzeźniczką i Świrówą miały mi pokazać znamienny film. W nocy. Zakradłszy się. Był to kamyczek, który pociągnął za sobą całą lawinę kaset. Na tych filmach różne stare Kapral i wszelkiego rodzaju Kobiety Słonie w wielkich okularach z rogowymi oprawkami, kobiety wyrzucone przez kulturę masową i każdą inną, kobiety, co by o nich mówić, spocone, Źle ubrane, których nie przyjęliby nawet w kasie, MAJĄ. Mają, i to co. Siedemnasto- osiemnastolatków z malutkimi dupciami i noseczkami, z ptaszkami i jąderkami... I mi się wydaje, że to jest jedyny dowód na istnienie Boga. Że stare baby i stare cioty, i stare lesby MAJĄ. Lepiej niż młode. Jako zadośćuczynienie. Że to coś starego w nich, rozmamłanego, piersi jak przelewające się zwały tłuszczu, jedna z wielu fałd brzucha, że to działa. Że na zupkę ze słoika da się poderwać małego słowika!
Kapral szamotała się ze mną i stało się jakoś tak, że ja szarpnęłam jej żakiet. Trzasnęły guziki koszuli... To był koszmar! Ta kobieta nie miała piersi! Miała wycięte obie piersi! Jej ciało poznaczone było bliznami. Zaczęłam spazmatycznie szlochać, nie wiedziałam, czy ma mi być żal, czy mam się bać, brzydzić, i w sumie wszystkie te uczucia miałam naraz. Straszne blizny po wyciętych piersiach! Wielka trauma mojego dzieciństwa!
*mobilek - tirowiec plus jego wóz
"Margot" ukazuje się 25 sierpnia nakładem Świata Książki
Michał Witkowski, ur. w 1975 r., wydał "Copyright", "Lubiewo", "Fototapetę", "Barbarę Radziwiłłównę z Jaworzna-Szczakowej"