Pajęczyna rozpięta między słuchawką a aparatem w budce telefonicznej przy ul. Sobieskiego na warszawskim Wilanowie wygląda na solidną. Na jej wykonanie pająk potrzebował przynajmniej kilku dni. Nikt mu nie przeszkadzał. Z budki praktycznie nikt nie korzysta.
- Karta telefoniczna? Nie no, mam, co mam nie mieć. Raz dziennie ktoś zapyta, może raz na dwa dni - mówi sprzedawczyni w kiosku w Al. Jerozolimskich w centrum Warszawy.
Tylko w
Warszawie działa prawie 2 tys. budek telefonicznych Telekomunikacji Polskiej. W całej Polsce - prawie 44,6 tys.
Według danych
GUS na koniec czerwca 2009 r. w kraju było prawie 44,5 mln telefonów komórkowych - więcej niż obywateli. Po co w takim razie TP SA aż tyle budek telefonicznych?
- Do utrzymywania jednego automatu na 950 mieszkańców obliguje nas decyzja prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej z 15 listopada 2006 r. - tłumaczy Wojciech Jabczyński, rzecznik grupy TP SA. Tłumaczy, że automaty są umieszczane w miejscach, gdzie jest największy ruch i najwięcej potencjalnych użytkowników, np. na dworcach, na lotnisku, w galeriach handlowych. Przyznaje: - Wraz ze wzrostem popularności sieci mobilnych zapotrzebowanie na automaty publiczne oczywiście spada, ale wciąż są one wykorzystywane. Dają możliwość kontaktu ze światem niezależnie od warunków pogodowych, co w sytuacjach skrajnych może oznaczać jedyną możliwość kontaktu np. ze służbami ratowniczymi - przekonuje.
TP SA musi utrzymywać budki telefoniczne, bo to część tzw. usługi powszechnej. W każdym kraju UE prowadzi ją jeden z operatorów. TP SA sama ubiegała się, żeby to jej powierzyć tę usługę, bo wiąże się ona z dotacjami. Składają się na nią firmy telekomunikacyjne, których przychód przekroczył 4 mln zł w danym roku. Tylko za okres od maja do grudnia 2006 r. TP SA domagała się dopłaty w wysokości 140 mln zł. W sierpniu NSA potwierdził, że narodowy operator ma prawo żądać takich pieniędzy.
Telekomunikacja
Polska najchętniej pozbyłaby się budek. W listopadzie ubiegłego roku zwróciła się do UKE z wnioskiem o zmniejszenie ilości utrzymywanych obowiązkowo publicznych automatów. O ile? To tajemnica. Operator dowodził, że znacząco zmienił się dostęp do telefonów, a publiczne aparaty są coraz mniej rentowne. Dla porównania Netia utrzymuje w całej Polsce zaledwie kilkaset automatów na monety. - Ustawiamy je tam, gdzie komórki mają słaby zasięg, przy uczelniach, w centrach handlowych. W tej ilości zarabiają na siebie. Nawet mało dewastacji jest, społeczeństwo chyba dojrzało - mówi Małgorzata Babik, rzecznik Netii.
Piotr Dziubak, rzecznik UKE, mówi, że współczynnik jeden aparat na 950 mieszkańców ustalono w 2006 r. na podstawie analiz i badań dostępu do telefonu oraz potrzeb mieszkańców. - Rozpatrujemy wniosek TP SA o zmniejszenie współczynnika, trwa postępowanie, które ma wyjaśnić, czy jest on zasadny. Musimy ponownie zbadać obecny stan telefonizacji i potrzeb mieszkańców. Wyniki badań powinny być znane do końca sierpnia. Decyzja zapadnie na przełomie III i IV kwartału - mówi.
TP SA nie jest wyjątkiem. W ośmiomilionowym Nowym Jorku zostały już tylko cztery publiczne budki telefoniczne firmy Verizon. Jesienią ub.r. BT, brytyjski operator narodowy, podjął decyzję o likwidacji ośmiu tysięcy londyńskich budek telefonicznych. Motywował to nierentownością ich utrzymywania. Europejscy operatorzy próbowali rozwiązać kwestie budek na różne sposoby, np. udostępniając je jako powierzchnie reklamowe. - Jednak wraz z ekspansją telefonii komórkowej budka staje się archaizmem - uważa Magdalena Borowik z firmy analitycznej IDC Polska. - W dużych miastach utrzymywanie dużej ilości budek telefonicznych nie ma sensu, z wyjątkiem takich miejsc jak dworce i poczty. Co innego na terenach słabiej zaludnionych, gdzie dostępność technologii jest mniejsza i gdzie potrzebna jest publiczna linia mogąca w nagłych przypadkach uratować komuś życie - przyznaje.