http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wielkie puzzle Europy

Jacek Pawlicki
2009-08-21, ostatnia aktualizacja 2009-08-20 17:06

Akcja została przygotowana w ramach działań promujących prezydencję Polski w Radzie Unii Europejskiej.
Akcja została przygotowana w ramach działań promujących prezydencję Polski w Radzie Unii Europejskiej.
Fot. sxc.hu

Raz na pięć lat w Unii rodzi się w bólach nowy układ sił. To, co wieki temu załatwiano ogniem i mieczem, dziś robi się za pomocą politycznej intrygi oraz układów i określa mianem europejskiego kompromisu

Jacek Pawlicki
fot. AG
Jacek Pawlicki
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Na razie Europa jest jeszcze na wakacjach, ale przywódcy, ministrowie i stratedzy zerkają nerwowo w unijny kalendarz. Jest w nim mnóstwo ważnych dat, wykrzykników, znaków zapytania. Do listopada trzeba będzie przyklepać ostatecznie nowego szefa Komisji Europejskiej, a na szczycie UE pod koniec października obsadzić fotele komisarzy, znaleźć przewodniczącego Rady UE, czyli tzw. unijnego prezydenta, i wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej, który będzie jako wiceszef zasiadał w Komisji Europejskiej.

Po drodze w Niemczech musi powstać nowy rząd (początek października), Irlandczycy muszą zaakceptować w drugim referendum traktat z Lizbony (2 października), a potem prezydenci Polski i Czech muszą go w końcu podpisać.

To, co od września zacznie się przez kilka miesięcy dziać w Europie, będzie przypominać układanie porozrzucanych puzzli z kilku pomieszanych kompletów. Przy stole zasiądzie 27 graczy, w tym kilku wielkich, dogadujących się pod stołem. Kłótnie mamy jak w banku, ale rezultat końcowy musi być do zaakceptowania dla wszystkich. Żadne z państw członkowskich nie może być pokrzywdzone, bo inaczej instytucje zaczną zgrzytać, zanim jeszcze nowe trybiki się zazębią.

Od tego, jak wyglądać będzie ta nowa układanka w europejskich instytucjach, zależy kształt Unii i jej skuteczność przez najbliższe pięć lat. Podział stanowisk musi respektować europejską równowagę między lewicą, prawicą, liberałami i zielonymi, Północą i Południem, starymi i nowymi członkami, bogatymi i biednymi, liberałami i protekcjonistami, dużymi, średnimi oraz małymi krajami.

Ba każdy z wielkich regionów takich jak Skandynawia czy Beneluks musi dostać coś ważnego dla siebie.

I tak jeśli przewodniczącym Rady UE będzie ktoś z dużego kraju, to mali muszą wzięć szefa dyplomacji. Jeśli ważnym komisarzem od gospodarki zostanie ktoś z Południa, to Północ musi mieć dla równowagi drugiego ważnego itd.

Przeczołgiwanie Barrosa

Problem w tym, że chodzi nie tylko o nazwiska komisarzy, prezydenta i szefa eurodyplomacji, ale także o procesy polityczne, na które politycy nie mają wpływu.

Zacznijmy od szefa Komisji Europejskiej. Wszystko wskazuje na to, że, że będzie nim obecny przewodniczący José Manuel Barroso. Głosowanie potwierdzające jego reelekcję ma się odbyć w Parlamencie Europejskim w połowie września. Nie jest jednak wykluczone, że zostanie odłożone do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia wyborów w Niemczech.

Nie chodzi wcale o to, kto wygra głosowanie 27 września nad Renem, bo raczej na pewno będzie to partia kanclerz Angeli Merkel. Problemem może być wyłanianie koalicji rządzącej w Niemczech - jest to zawsze proces długi i zapewne potrwa dwa-trzy tygodnie. Bez ułożenia rządu Merkel nie będzie chciała układać europejskich klocków, tym bardziej że zapewne postara się o jedno z ważniejszych unijnych stanowisk dla swego rodaka.

Dlatego też głosowanie w sprawie Barrosa może się przesunąć do października, kiedy będzie już nowy niemiecki rząd. Tymczasem im bardziej europejskie stolice odwlekają akceptację Portugalczyka, tym jego pozycja jest słabsza. Na razie otwarcie występuje przeciw niemu europejska lewica i zieloni. W Paryżu jest jednak rezerwowy kandydat, gdyby Barroso bardzo źle znoszący to "przeczołgiwanie" w końcu się załamał.

W brukselskich kuluarach można usłyszeć, że takim rezerwowym Nicolasa Sarkozy'ego (który nie znosi Barrosa) jest francuski premier Francois Fillon. I jeśli to on stanąłby na czele Komisji, to będzie ona wtedy mniej liberalna, bardziej francuska i prorosyjska, mniej skłonna do powiększania Unii.

Steinmeier w zanadrzu

Porażka Barrosa otworzyłoby zupełnie nową szansę dla państw z Półwyspu Iberyjskiego. Jeśli tylko Portugalczyk odpadnie, Madryt zgłosi zapewne Miguel Angel Moratinosa na szefa unijnej dyplomacji, argumentując, że zgodnie z zasadą równowagi jedno z ważnych stanowisk musi objąć ktoś z tego regionu.

Na obsadzenie stanowiska "pana Europy" liczą też Holendrzy, którzy mają na podorędziu dobrego kandydata - b. sekretarza generalnego NATO Japa de Hoop Scheffera. Problem w tym, że Haga sama osłabia swoją pozycję, bo premier Jan Peter Balkenende liczy po cichu na stanowisko przewodniczącego Rady UE. Tymczasem dwóch wpływowych Holendrów w Unii być nie może.

Chęć bycia szefem unijnej dyplomacji zgłosił b. unijny komisarz i eksgubernator Hongkongu Chris Patten. To doskonały kandydat, doświadczony i rzutki dyplomata, który przy tym nie traci z oczu problemów globalnych. W dodatku jest proeuropejskim brytyjskim konserwatystą, który pomógłby wrócić na europejskie tory Davidowi Cameronowi szykującemu się do przejęcia władzy po Gordonie Brownie w 2010 r.

Niestety, to, co jest siłą Pattena - brytyjskość i polityczna odwaga - jest też jednak jego wielką słabością. Na charyzmatycznego Brytyjczyka, który miałby firmować unijną wspólną politykę zagraniczną, nie zgodzą się zapewne ani Niemcy, ani Francuzi.

Prędzej namaszczą na szefa dyplomacji Unii obecnych ministrów spraw zagranicznych - Francuza Bernarda Kouchnera albo Niemca Franka Waltera Steinmeiera. Ten ostatni to zresztą jeden z czarnych koni. Francusko-niemiecki tandem chce utrzymać kontrolę nad ważną dziedziną europejskiej polityki.

Szef polskiego MSZ Radosław Sikorski popiera - wciąż jeszcze nieformalną - kandydaturę Szweda Carla Bildta. W Brukseli mało kto wierzy, że obecny szef szwedzkiego MSZ zostanie wysokim przedstawicielem UE ds. polityki zagranicznej.

Inny polityk skandynawski - b. fiński premier Paavo Lipponen - wymieniany jest jako kandydat na przewodniczącego Rady UE. Z moich informacji wynika jednak, że nawet jeśliby taka kandydatura pojawiła się na instytucjonalnym szczycie Unii w październiku, Polska ją zablokuje. A to dlatego, że rok temu został zatrudniony przez zależną od rosyjskiego Gazpromu spółkę Nord Stream, budującą kwestionowany przez Polskę Gazociąg Północny.

Blair do lamusa

Raczej pewne jest, że przewodniczącym Rady UE, czyli tzw. prezydentem, zostanie polityk z mniejszego kraju, raczej dobry zarządca niż przywódca. Wielkie kraje, które po osłabieniu Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej grają pierwsze skrzypce w Unii, chcą utrzymać prymat i nie potrzebują prezydenta UE konkurenta, tylko sprawnego administratora.

Dlatego też wymieniany wcześniej przez brytyjską prasę Tony Blair nie ma szans. Także dlatego, że jak cień ciągnie się za nim poparcie dla wojny w Iraku i zbytnie zaangażowanie się w katolicyzm.

Wszystkie te kandydatury spalą na panewce, jeśli 2 października Irlandczycy ponownie odrzucą tworzący stanowisko unijnego prezydenta i szefa dyplomacji traktat z Lizbony. To mało prawdopodobne, ale jak najbardziej możliwe. Klęska traktatu wpędzi Unię w kolejny, trzeci poważny kryzys w przeciągu pięciu lat, co zapewne odbije się na jej skuteczności.

Premier Donald Tusk jest w dość komfortowej sytuacji. Polska i inne nowe kraje członkowskie mogą przystępować do wielkiej europejskiej gry zrelaksowane. Kandydat z ich puli - Jerzy Buzek - został przewodniczącym Parlamentu Europejskiego.

Nie oznacza to, że mamy być tylko biernymi obserwatorami. Trzeba dobrze przekalkulować poparcie dla któregokolwiek z kandydatów na nowe stanowiska, wiedząc, że za każdym kryje się odmienna wizja Unii. I ewentualnie by potem uzyskać od nich coś w zamian. Już dziś więc polski MSZ, UKIE i kancelaria premiera powinny mieć dobrze przemyślaną listę polskich oczekiwań. I scenariuszy zachowania w zależności od przebiegu wydarzeń.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów