Rozmowa z Moniką Ignatowską-Kaliciak, dyrektorką szczecińskiego Zarządu Budynków i Lokali Komunalnych oraz Szymonem Dominiakiem-Górskim, głównym specjalistą ZBiLK
MONIKA ADAMOWSKA: Dlaczego chcecie wyprowadzić zadłużonych mieszkańców do baraków i stworzyć getto biedy na obrzeżach miasta?
Monika Ignatowska-Kaliciak (oburzona): Nie chcemy żadnego getta, ale stoimy pod murem. Prawo w Polsce maksymalnie chroni lokatora, także złego. Mamy 6 tys. dłużników, 72 mln zł zaległości. Rekordziści nie płacą latami, mają nawet 140 tys. zł długu. Zanim sąd wyda wyrok o eksmisję, długo się zastanawia i robi to tylko w ostateczności.
Mamy już ponad 2,5 tys. takich wyroków i musimy gdzieś tych ludzi wyprowadzić. Na bruk wyrzucić nie wolno. Są wśród dłużników ci, którzy popadli w trudną sytuację nie ze swej winy, ale dlatego, że stracili pracę, zmarł im ktoś bliski albo dziecko zachorowało. Proponujemy im m.in. wsparcie, także finansowe, z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie, rozłożenie długu na raty lub pracę w ramach programu "Odpracuj dług". Jeśli ktoś tylko trochę chce, pomagamy mu.
Ale jest grupa, która nic nie robi. Ci ludzie uważają, że gmina ma im dać jeść, mieszkanie i kasę na drobne wydatki. Pracy nie potrzebują, bo pracować nie chcą. Nie przestrzegają żadnych norm społecznych.
Szymon Dominiak-Górski: Proszę zobaczyć (pokazuje zdjęcia zrujnowanych mieszkań i klatek schodowych).
Ignatowska-Kaliciak: Nawet nie wspominamy o pomazanych ścianach i uszkodzonych domofonach. Ludzie robią dużo gorsze rzeczy.
Jakie?
Dominiak-Górski (w laptopie pokazuje dokumentację z niedawno wyremontowanego budynku): Były Dom Aktora przerobiliśmy na lokale socjalne. Wiele rodzin, które tam trafiło, to porządni ludzie. Ale nie wszyscy. I tamci zrujnowali nowiutki dom. Palili ogniska na klatce. Gównem wymazali nie tylko poręcze i schody, ale dosłownie całą klatkę.
W pierwszym roku po oddaniu budynku do użytku wydaliśmy na kolejne remonty i ochronę 17 tys. zł. Naprawialiśmy, czyściliśmy, sprzątaliśmy, a skończyło się na tym, że zalęgły się robaki. Sąsiedzi pobili niepełnosprawnego mieszkańca. On się bał we własnym domu. Czy porządni lokatorzy, tacy jak on, mają żyć w tych warunkach, bo nam nie wolno wyprowadzić gdzieś tych patologicznych?
Idąc do takiego, spodziewamy się wszystkiego. Zdemolowany dom, wiszące druty. Zimno? To napalą parkietem. Mieliśmy w centrum miasta lokatora, który zrobił melinę z domu. Zapchała się toaleta, więc on i koledzy robili do wanny. Była pełna fekaliów. Ktoś inny załatwiał się do reklamówki i wyrzucał przez okno.
W ubiegłym tygodniu jedna z dziennikarek kazała nam wyjaśnić, czy to prawda, że ludzie w kamienicy trzymają sedes w lodówce i wyciągają go tylko, by się załatwić. Do gazety przyszła z tym rzekomo pokrzywdzona sąsiadka, którą ciągle zalewali sąsiedzi.
I co? Naprawdę trzymali sedes w lodówce?
- Najtaktowniejsza osoba z naszej firmy zapukała grzecznie i zajrzała tym ludziom do lodówki. Dzięki Bogu znalazła tylko kiełbasę i masło. Nie było żadnego sedesu w lodówce.
Ale naprawdę nie mogliśmy być tego pewni. Doświadczenie nas nauczyło, by spodziewać się wszystkiego.
Co wtedy zrobiła najtaktowniejsza osoba waszej firmy?
- Przeprosiła i wyszła.
Czego jeszcze nauczyło was doświadczenie?
- Czy może pani sobie wyobrazić, że lokator woli wykuć dziurę w murze i rurą odprowadzać fekalia do rynny, byleby tylko nie narobić się przy odpychaniu sedesu? Niemożliwe, ale prawdziwe. Mocz i kał rynną płynął na ulicę w centrum miasta.
Źródło: Gazeta Wyborcza