Inni, w tym ja sam, przekonywali, że w związku ze skalą lewarowania w sektorze prywatnym (w gospodarstwach domowych, w instytucjach finansowych i firmach) będziemy mieli do czynienia z recesją o przebiegu przypominającym literę "u" - a zatem długotrwałą i głęboką. Potrwa około 24 miesięcy, a świat nie zdoła się uniezależnić od amerykańskiego spadku.
Dziś, po 20 miesiącach amerykańskiej recesji - która stała się recesją światową w lecie 2008 roku, gdy świat okazał się fatalnie związany z amerykańskim rynkiem - możemy zapomnieć o teorii recesji w kształcie litery "v". Mamy najgorszą od 60 lat recesję i w Stanach, i na świecie. Jeśli amerykańska recesja skończy się pod koniec roku - na co się zapowiada - będzie i tak trzy razy dłuższa i około pięć razy głębsza - w sensie skumulowanego spadku produkcji - niż dwie poprzednie.
Dziś ekonomiści zgadzają się, że recesja już się właściwie skończyła, że amerykańska i światowa gospodarka gwałtownie powróci na ścieżkę wzrostu i że nie ma ryzyka powrotu choroby. Niestety, wyznawcy tej nowej teorii mogą być w błędzie, podobnie jak zwolennicy litery "v" przez ostatnie trzy lata.
Dane napływające ze Stanów Zjednoczonych - rosnące bezrobocie, spadająca konsumpcja gospodarstw domowych, wciąż spadająca produkcja przemysłowa i słabowity rynek nieruchomości - wskazują, że amerykańska recesja jeszcze się nie skończyła. Podobna analiza danych z innych krajów rozwiniętych wskazuje, że tak jak w Stanach, dno jest już blisko, ale jeszcze nie zostało osiągnięte. Większość wschodzących rynków może i wraca na ścieżkę wzrostu, ale nie osiągają swego pełnego potencjału.
Ponadto, z kilku przyczyn wzrost w krajach rozwiniętych prawdopodobnie będzie anemiczny i znacznie niższy od średniego trendu jeszcze przynajmniej przez dwa lata.
Pierwsza z tych przyczyn może wpłynąć na spowolnienie wzrostu w dłuższej perspektywie: gospodarstwa domowe muszą pospłacać długi i zacząć więcej oszczędzać, co ograniczy konsumpcję na lata.
Po drugie, system finansowy - zarówno banki jak i inne instytucje - został mocno poturbowany. Brak zdrowego wzrostu kredytów niekorzystnie wpłynie na konsumpcję sektora prywatnego i inwestycje.
Po trzecie, firmy mają przed sobą problem nadmiernych mocy produkcyjnych i anemiczny powrót do rentowności jeśli wzrost będzie słaby, a presja deflacyjna nie ustąpi. W rezultacie przedsiębiorstwa nie będą raczej skłonne do inwestycji kapitałowych.
Po czwarte, powiększanie długu publicznego w związku z dużymi deficytami budżetowymi może wstrzymać powrót do zdrowia sektora prywatnego. Skutki stymulowania gospodarki przestaną być widoczne na początku przyszłego roku, co będzie wymagało zwiększenia popytu ze strony sektora prywatnego, by zapewnić dalszy wzrost.
Popyt krajowy ze strony sektora prywatnego, zwłaszcza konsumpcja, jest dziś anemiczna lub spada w krajach, które żyją ponad stan (Stany Zjednoczone,
Wielka Brytania, Hiszpania, Irlandia,
Australia, Nowa Zelandia itd.), a nie rośnie w wystarczającym tempie w krajach o zbyt dużej skłonności do oszczędzania(Chiny,
Azja, Niemcy, Japonia itd.), by zrekompensować tym krajom spadek eksportu. Mamy zatem do czynienia z osłabieniem światowego popytu w obliczu zbyt dużego potencjału produkcyjnego, co opóźni szybki powrót do zdrowia światowej gospodarki.
Są też obecnie dwa powody, by spodziewać się powtórnego recesyjnego zanurkowania krzywej wzrostu. Po pierwsze, strategię wyjścia z okresu poluzowania polityki monetarnej i budżetowej można łatwo spartolić, bo decydentów w obu przypadkach czeka porażka: jeśli traktują deficyt budżetowy poważnie i w najlepszej wierze podniosą podatki, ograniczą wydatki i będą starali się nie doprowadzić do nadmiaru pieniądza na rynku, mogą podkopać proces i tak słabej rekonwalescencji.
Jeśli zaś utrzymają wysoki poziom deficytu i będą dzięki niemu wprowadzać więcej pieniądza w obieg, w jakimś momencie - gdy już dzisiejsza presja deflacyjna nieco zelżeje - zbuntują się rynki obligacji. Wzrosną wówczas oczekiwania inflacyjne, oprocentowanie długoterminowych obligacji rządowych wzrośnie i proces rekonwalescencji zostanie stłumiony.
Druga przyczyna możliwego ponownego uderzenia recesji wiązałaby się z cenami ropy naftowej, energii i żywności, które mogą rosnąć szybciej, niż wynikałoby to z poprawy koniunktury gospodarczej, napędzane przez nadmiar pieniędzy w stosunku do ilości aktywów oraz przez popyt spekulacyjny. W ubiegłym roku cena ropy naftowej sięgnęła 145 dolarów za baryłkę przynosząc punkt zwrotny i szok dla Stanów Zjednoczonych, Europy, Japonii, Chin, Indii i innych importerów tego surowca. Gdy światowa gospodarka z ledwością podnosi się z kolan, z pewnością nie wytrzymałaby podobnego wstrząsu dla koniunktury, gdyby podobne siły spekulacyjne doprowadziły do gwałtownego wzrostu ceny w rejon 100 dolarów za baryłkę.
Zatem pod koniec roku będziemy bliżej końca tej dotkliwej światowej recesji, niż dziś, a rekonwalescencja w krajach rozwiniętych będzie raczej anemiczna niż gwałtowna, przy czym ryzyko ponownego ataku recesji rośnie. Ostatnie wzrosty kursów akcji, cen towarów i kredytu mogły przyjść zbyt wcześnie w stosunku do fazy koniunktury gospodarczej. Jeśli tak, należy się spodziewać korekty.
Tłum. ami
*Nouriel Roubini jest prezesem Roubini Global Economics i profesorem w Stern School of Business na New York University.