To prawda, że wojskowi najlepiej wiedzą, czego im na polu walki brakuje, ale to cywile decydują, czy te potrzeby są uzasadnione.
Wojskowi muszą te zasady respektować mimo wewnętrznego sprzeciwu i subiektywnego poczucia racji. Żaden bowiem rząd, nawet
Stany Zjednoczone, nie jest w stanie zrealizować wszystkich potrzeb swoich sił zbrojnych.
Generał jest bardzo ceniony w wojsku. Poprzez siłę swojego autorytetu wyrządza swoim słowami tym większe szkody. Tworzy bowiem atmosferę nieufności między cywilami a wojskowymi. Wywołuje wśród żołnierzy przekonanie, że wróg jest nie tylko w Afganistanie, że ich przeciwnikiem jest polityczna władza w dalekiej Warszawie i "cywile", którzy o potrzebach wojskowych nie mają pojęcia. "My" przelewamy krew. "Oni" przelewają atrament.
Pamiętam już generała, który twierdził, że "cywile nie rozumieją wojska i to wojskowi powinni o wojsku decydować". Był to szef sztabu gen. Tadeusz Wilecki. Zyskał poparcie ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy, doprowadzając w połowie lat 90. do kryzysu w relacjach politycy - wojsko.
Generał oddał się wczoraj do dyspozycji prezydenta. Trzeba mieć nadzieję, że o wojnie sztab-
MON sprzed lat pamięta prezydent
Lech Kaczyński. Nie będzie próbował rozgrywać tej sytuacji politycznej i dymisji generałowi udzieli.
Sytuacja jest nie mniej groźna niż w czasach Wileckiego. Wtedy armia nie prowadziła wojny. Teraz prowadzi i jest to wojna realna, a nie gabinetowa.