Gdy przed dwoma tygodniami prezydent USA Barack Obama obwieścił, że właśnie kończy się recesja, na rynkach finansowych zapanowała euforia. - Rynek stoi na nogach, system finansowy nie znajduje się już na krawędzi upadku - mówił 29 lipca prezydent, broniąc swej polityki gospodarczej. - Uratowaliśmy setki tysięcy miejsc pracy i spodziewamy się odzyskać pieniądze wydane na ratowanie przedsiębiorstw. Dowodem na koniec recesji zdaniem Obamy jest spadek bezrobocia w lipcu z 9,5 do 9,4 proc.
Bank Rezerwy Federalnej USA w ubiegłym tygodniu oznajmił, że "działalność gospodarcza stabilizuje się", dając do zrozumienia, że nie planuje dalszych nadzwyczajnych środków stymulujących akcję kredytową banków. Jednak Fed utrzymał na zerowym poziomie stopę procentową, co oznacza, że specjaliści od polityki pieniężnej w szybkie ożywienie nie wierzą.
Twarde dane statystyczne przeczą optymistycznym zapewnieniom polityków. O końcu recesji jeszcze nie ma mowy, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych.
Nouriel Roubini, jeden z najmodniejszych obecnie ekonomistów, opublikował niedawno w "Forbesie" artykuł zatytułowany "Ożywienie bez zatrudnienia i wzrostu płac?", w którym dowodzi, że sygnały świadczące o spadku bezrobocia, z których cieszy się prezydent Obama, są złudne. Wciąż kurczy się liczba miejsc pracy, a statystyczny spadek bezrobocia wynika z tego, że część bezrobotnych wycofała się z rynku pracy, nie wierząc, że uda się znaleźć zatrudnienie. W ciągu kilkunastu miesięcy według danych Roubiniego ubyło w Stanach Zjednoczonych 6,6 mln miejsc pracy, gdy w czasie "normalnej" recesji - od 2 do 3 mln.
Europa bliska ożywienia Znacznie bardziej optymistyczne dane nadeszły z Europy. Na plusie są dwa największe kraje Europy - Niemcy i Francja. W obu krajach wzrost
PKB wyniósł w II kwartale br. blisko 0,3 proc., co w ujęciu rocznym daje w Niemczech wzrost 1,3 proc., a we Francji - 1,4.
Cała Unia i cała strefa euro wciąż notują spadki (odpowiednio o 0,3 i 0,1 proc.). W porównaniu z I kwartałem skurczyła się
gospodarka Wielkiej Brytanii (o 0,8 proc.), Włoch (o 0,5 proc.), Hiszpanii (o 1,0 proc.).
Wciąż bardzo gwałtownie spadają gospodarki krajów bałtyckich: Estonii o 3,7 proc., Łotwy o 1,6 proc., Litwy o 12,3 proc. Nasi bliscy sąsiedzi przed kilku laty rozpoczęli drogę na skróty do Europy. Usztywnili waluty, otworzyli się na napływ kapitału zagranicznego. Przez kilka lat notowali oszałamiające tempo wzrostu, lecz gdy strumień kapitału zmienił kierunek, okazało się, że podstawy ich gospodarki są kruche. Litwa, która z powodów historycznych i sentymentalnych jest najbliższa Polsce, w ciągu roku skurczyła się o 22,6 proc. - dane nienotowane podczas "normalnej" recesji.
Rząd wyręcza konsumentów Wygląda jednak na to, że dla większości krajów Europy recesja nie jest tak straszna, jak malowano ją jeszcze przed kilkoma miesiącami. W większości krajów Europy Zachodniej spadek PKB zaczął się w II kwartale 2008 r. Jeśli ostatni kwartał był ostatnim recesyjnym, oznaczać to będzie, że kryzys trwa pięć kwartałów. Dłużej niż średnie recesje powojenne, lecz bez porównania krócej niż wielka
depresja lat 30., której wizja straszyła przez ostatnie miesiące. Spadek PKB, jaki nastąpił w ostatnich kwartałach, nie jest dramatyczny - z wyjątkiem kilku krajów peryferyjnych. PKB Niemiec po czterech kwartałach spadku skurczył się o 6,7 proc., Francji - o 3,4 proc., Wielkiej Brytanii (pięć kwartałów spadku) - o 5,7 proc., Włoch (pięć kwartałów) - o 6,5 proc., Hiszpanii (pięć kwartałów) - o 4,2 proc.
Choć recesja nie przekształciła się w katastrofę, jest za wcześnie, by ogłaszać jej koniec. Po pierwsze - wzrost zanotowany w Niemczech, Francji i kilku innych krajach odnosi się do bardzo niskiego poziomu z I kwartału 2009 r. W stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego we wszystkich krajach Unii (być może z wyjątkiem Polski) nastąpił znaczny spadek PKB.
Po drugie, miary kwartalne są mało dokładne. Dopiero po dłuższym czasie urzędy statystyczne mają szansę zweryfikować dane. Po trzecie wreszcie, jedna jaskółka jeszcze wiosny nie czyni. We Włoszech spadkowy był już IV kwartał 2007 r., w następnym kwartale zanotowano wzrost, a potem pięć kolejnych kwartałów spadku. Gospodarka amerykańska była na plusie w II kwartale 2008 r. po spadku w I kwartale 2008 r., a potem znów zaczęła spadać.
Wzrost w Niemczech i we Francji, a także w większości innych krajów, był stymulowany wydatkami rządowymi oraz specjalnymi bodźcami dla konsumentów. Najważniejszym stymulatorem były dopłaty do zakupu nowych aut w zamian za złomowanie. W Niemczech rząd wydał na ten cel blisko 4 mld euro.
Problem w tym, że wydatki rządowe na rozruszanie gospodarki są tylko czasowe. Niemcy nie przedłużą dotacji do złomowanych samochodów poza rok 2009, rząd Francji zapowiedział stopniowe wygaszanie podobnego programu. Czy pozbawiona rządowej kroplówki gospodarka będzie w stanie rosnąć sama? Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi.
Nastrój na rynkach zmienia się dziś szybko. Kolejna zła informacja sprawia, że ekonomiści zaczynają wątpić w mocne ożywienie. Informacja dobra wywołuje krótkotrwałą euforię.
Dobrą wiadomością jest spadek zapasów niemal we wszystkich krajach Unii. Wcześniej czy później będzie trzeba je uzupełnić, czyli wzrosną zamówienia, a za nimi produkcja przemysłowa. Dobrze, że jest niska
inflacja, a w strefie euro
deflacja - w lipcu ceny były o 0,7 proc. niższe niż rok wcześniej. Wielu ekonomistów boi się deflacji, ale ma ona też dobre strony. Realne dochody ludności rosną, co powinno zwiększyć konsumpcję.
Złą wiadomością jest wzmacnianie się euro, co spowoduje kłopoty eksporterów. Niewesoła sytuacja jest też w sektorze finansowym. Banki wciąż niechętnie udzielają kredytów. O ile amerykańskie instytucje finansowe dość dokładnie zostały poddane testom sprawdzającym jakość ich aktywów, to banki europejskie wciąż nie otrzymały od nadzorów rozgrzeszenia.
Amerykańska kuracja odwykowa Dlaczego jednak wbrew wcześniejszym prognozom przewidującym, że amerykańska gospodarka pierwsza odbije się od dna i pociągnie za sobą resztę świata, ożywienie przyszło wcześniej na nasz kontynent? Odpowiedź wydaje się prosta. Dotychczas lokomotywą wzrostu popytu w Stanach Zjednoczonych była konsumpcja gospodarstw domowych. Jednak Amerykanie są zadłużeni na sumę przeszło 17 bln dol. (120 proc. PKB). Od końca 2008 r. zadłużenie to maleje w tempie ok. 3,5 proc. na każdy kwartał. Operację tę można porównać do trzeźwienia alkoholika. Jest to konieczne, ale mało przyjemne.
W praktyce oznacza to, że Amerykanie, którzy przez ostatnie lata wydawali więcej, niż zarabiali, zaczęli oszczędzać. Jeśli wytrwają w "abstynencji", za kilka lat zmniejszy się zależność gospodarki amerykańskiej od zagranicznych wierzycieli nabywających papiery skarbowe USA. Ale do osiągnięcia równowagi jeszcze daleko.
Na razie rząd Obamy wyręcza amerykańskich konsumentów i sam wydaje coraz więcej, stymulując tym popyt. Ale wbrew złudzeniom keynesistów stymulacja gospodarki przez wydatki publiczne nie jest prostą operacją. Dla niektórych rodzajów wydatków słynny mnożnik Keynesa (stosunek wydanych przez rząd pieniędzy do przyrostu produkcji wzbudzonego przez ten wydatek) jest niższy niż 1. Z kolei bardziej stymulujące gospodarkę wydatki na budowę infrastruktury wymagają czasu. Zanim zostanie wbita pierwsza łopata na budowie autostrady, mija wiele miesięcy lub lat. Do tego czasu kryzys może sam się zakończyć.
V, L czy W? Ekonomiści z USA i Europy zastanawiają się, w kształcie jakiej litery nastąpi ożywienie. Najlepiej, by to była litera V - po spadku następuje szybki wzrost produkcji, aż do pełnego wykorzystania mocy wytwórczych. Wielu ekonomistów ostrzega jednak, że będzie to raczej litera L - po spadku długotrwała stagnacja. W pułapkę stagnacji wpadła na początku lat 90. Japonia, która bardzo boleśnie odczuwa też obecny kryzys. W ciągu czterech kwartałów spadku, który zaczął się w połowie ub.r., gospodarka japońska skurczyła się o 8,5 proc. Nie ma jeszcze danych za II kwartał 2009 r., ale prawdopodobnie spadek nadal trwa.
Zupełnie inną drogą idą Chiny i Indie, które, jak się wydaje, na dobre wróciły na dawną ścieżkę szybkiego wzrostu sięgającego 8 i więcej procent rocznie.
Najwięksi pesymiści mówią o recesji w kształcie litery W. Innymi słowy, obecne ożywienie byłoby tylko przejściowe i wkrótce czeka nas kolejne załamanie. Taki scenariusz zacznie się realizować, jeżeli po skończeniu rządowych programów stymulacyjnych gospodarka nie zacznie się samodzielnie kręcić. Warto pamiętać o tym, że w najbliższych latach wiele rządów (w tym USA) będzie musiało przejść podobną kurację, jaką obecnie przechodzą gospodarstwa amerykańskie - zamiast życia na kredyt przyjdzie czas spłacania długów. Jeżeli w ciągu kilku lat Stany Zjednoczone i Europa ustabilizują wzrost na przyzwoitym poziomie 2-3 proc. rocznie, a inflacja nieco wzrośnie, długi będzie można spłacać bez wprowadzania drastycznych oszczędności. Ale za dużo jest tu słowa "jeśli".
Polska górą, ale z problemami Polska gospodarka wciąż dobrze radzi sobie z kryzysem i nawet jeśli ożywienie w Europie Zachodniej przybierze kształt litery L, w przyszłym roku powinniśmy odczuć ożywienie. Korzystny okazał się elastyczny kurs złotego, który ulżył eksporterom - ich wpływy liczone w złotych nie spadły, mimo spadku wolumenu eksportu. Gdy wzrost w Niemczech ustabilizuje się, polski eksport zacznie szybko rosnąć, tym bardziej że osłabienie złotego uczyniło polskie firmy bardziej konkurencyjnymi w Europie. Niestety, ożywienie przyniesie także umocnienie złotego. Najlepiej, gdybyśmy natychmiast wprowadzili euro, korzystając z tego, że kurs wciąż jest dla polskich firm korzystny. Ale to tylko marzenie.
Mimo ożywienia w najbliższych latach będziemy borykać się z wysokim deficytem budżetowym i rosnącym długiem. Te problemy nie pozostaną obojętne dla realnej gospodarki. Konieczne będą reformy finansów publicznych, reforma systemu podatkowego, dalsze uelastycznienie rynku pracy, lepsze wydawanie publicznych środków, podniesienie poziomu realnego wykształcenia, umocnienie instytucji ważnych dla funkcjonowania firm. To długa litania, którą powtarzam od lat. Może kiedyś powstanie taki rząd, który jej wysłucha.