http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nawrócona na parytet

Agnieszka Kublik
2009-08-17, ostatnia aktualizacja 2009-08-16 22:14

Siedem lat temu byłam przeciw, dziś jestem za. Mówieniem o dyskryminacji kobiet nie udało się, niestety, zmienić mentalności mężczyzn. Tylko parytet jest w stanie to zrobić

Teresa Kamińska - prezes zarządu Pomorskiej Specjalnej strefy ekonomicznej
Fot. Piotr Wójcik / Agencja Gazeta
Teresa Kamińska - prezes zarządu Pomorskiej Specjalnej strefy ekonomicznej
Rozmowa z Teresą Kamińską b. szefową gabinetu premiera Jerzego Buzka, prezes Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, współorganizatorką Kongresu Kobiet Polskich

Agnieszka Kublik: Pani prezes... a może pani prezesko?

Teresa Kamińska: Nie, pani redaktorko. Wolę pani prezes. Bo zmiana na siłę przyzwyczajeń językowych wzbudza ironiczny uśmiech.

Feministki z krakowskiej "Zadry" podpisują się lub piszą o innych: krytyczka, filozofka, wykładowczyni, kanclerka, prezydentka.

- Przez zmianę nazwy chcą nas oswoić z kobietami sprawującymi władzę. Ale język zmienia się wolniej niż świat. Dlatego najpierw zmieńmy świat.

Jak? Kongres Kobiet Polskich proponuje ustawowy 50-proc. parytet na listach wyborczych. Pani w 2002 r. była przeciw. Mówiła pani: "Parytet miałby taki skutek, że jeśli gdzieś byłoby za mało kobiet, to musiałaby awansować kobieta, choć to mężczyzna byłby lepszy. Chciałabym, by zawsze wygrywał lepszy, bez względu na płeć". Teraz jest pani za parytetem. Dlaczego?

- Bo przez siedem lat sytuacja kobiet się nie zmieniła. Mówieniem o dyskryminacji kobiet nie udało się, niestety, zmienić naszej mentalności, przede wszystkim mentalności mężczyzn. Tylko parytet jest wstanie przyspieszyć zmiany świadomości. Właśnie dziś o tych zmianach będziemy rozmawiać z abp. Nyczem.

To, że konieczny jest jakiś mechanizm, zrozumiałam na innym przykładzie. W UE jednym z problemów konkurencyjności w stosunku do Ameryki był brak współpracy biznesu z nauką. Były konferencje, wskazywano pozytywne przykłady. Nie zadziałało. I w końcu Unia zdecydowała się w 2006r. na mechanizm, który obie strony do współpracy przymusił. Przeznaczyła na rozwój nauki 56 mld euro, z czego 44 mld mogą dostać tylko wspólne przedsięwzięcia nauki i biznesu. I zadziałało.

Ale wiem, że parytet może obrócić się przeciwko kobietom. Bo będą podejrzenia, że awansują nie ze względu na kwalifikacje, ale by wypełnić ustawowy zapis.

Mężczyźni przez stulecia awansowali sami siebie. I nikt ich nie pytał, dlaczego nie wybrali lepszej kobiety.

- Właśnie! Myślę, że dziś to ryzyko się kobietom opłaca. W przeciwnym razie jeszcze dziesiątki lat będziemy czekać, aż mężczyźni dostrzegą w kobiecie człowieka o wysokich kwalifikacjach.

Polki i Szwedki w 1919 r. wywalczyły prawo głosu. Ale dziś Szwedki szczycą się jednym z najwyższych na świecie udziałem kobiet w polityce - ok. 40 proc. w parlamencie czy rządzie. W 1980 r. Szwecja przyjęła ustawę o równouprawnieniu. W 1988 r. powstał rządowy program zwiększania przedstawicielstwa kobiet w ciałach decyzyjnych.

- Parytet w Szwecji był traktowany jako rozwiązanie czasowe. Już został zniesiony, a efekty pozostały. U nas trzeba zrobić podobnie. Bo dla mnie parytet to nie cel, ale narządzie umożliwiające rozwiązanie problemów kobiet.

Najważniejszy jest taki, że dziś kobieta musi wybierać - albo macierzyństwo, albo kariera. A przecież nie powinna mieć takiego dylematu. Powinna mieć możliwość zorganizowania swojego życia tak, by -jeśli chce -mogła rozwijać się zawodowo. Dobra sieć żłobków, przedszkoli, elastyczny czas pracy - to mogłoby kobietom pomóc. To nie jest wielka filozofia. Ale mężczyźni się tym nie zajęli. Muszą więc kobiety.

Pierwszy raz o równouprawnieniu kobiet i mężczyzn Polki debatowały w 1999 r. Potem w 2002 r. Czy teraz mężczyźni zgodzą się, by siebie jakiś czas podyskryminować, by kobiety mogły wejść do parlamentu, rządu, spółek i zająć ich miejsca?

- Politycy mężczyźni nie mogli nie dostrzec, jak sprawnie i szybko kobiety zorganizowały Kongres Kobiet Polskich. Złośliwie powiem, że gdyby robili to mężczyźni, potrzebowaliby roku, pieniędzy, a przede wszystkim pomocy kobiet. A Nika Bochniarz i jej otoczenie potrzebowały kilku miesięcy i zrobiłyśmy to społecznie. To nieprawda, że kobiety nie są zainteresowane działalnością publiczną. Kongres pokazał, że są. Chcą i potrafią.

Czy Kongres wywarł wrażenie na mężczyznach? Tak wielkie, że pozwolą kobietom odebrać sobie trochę władzy?

- Wrażenie zrobiłyśmy. Ale ostatnie 20 lat pokazało, że mężczyźni sami z siebie nie ustąpią. Trzeba ich do tego zmusić. Bo oni nie rozwiążą za nas naszych problemów. Myślą po prostu inaczej niż my. Przykład. Mamy znakomitą akcję orlików - budowy stadionów w gminach. Ale dlaczego równolegle nie ma akcji tysiąc żłobków i przedszkoli? Można by do tego wykorzystać pieniądze z Unii. Jedne kobiety znalazłyby tam pracę, a inne - możliwość pracy poza domem.

Ale ostatecznie to mężczyźni muszą podnieść rękę, by parytety przegłosować - prezydent, premier, marszałek Sejmu, Senatu, szefowie klubów parlamentarnych. Pani była u prezydenta i premiera.

- Obaj mówili, że jest dużo ważniejszych spraw, jak np. przemoc w rodzinie. I to prawda. Ale powstaje błędne koło. Te sprawy są ważne, ale bez kobiet nie zostaną załatwione.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    23 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':