Z Jackiem Głombem, reżyserem filmu „Operacja DUNAJ”, o inwazji polskiej armii na Czechosłowację w 1968 roku, zgubionym czołgu i poczuciu winy, rozmawia Mariusz Urbanek Z tym czołgiem zgubionym gdzieś na granicy polsko-czechosłowackiej to prawda? - Opowiedział mi o tym Michał Sabadach, właściciel Muzeum Ludowego Wojska Polskiego i Armii Czerwonej w Uniejowicach pod Złotoryją. W nocy z 20 na 21 sierpnia 1968 roku na swoim podwórzu usłyszał nagle ogromny huk. Wyskoczył na podwórko, a tam pluton czołgów polskich i radzieckich.
Polacy i Rosjanie razem? - Tak. Okazało się, że rosyjski oficer, znajomy Michała Sabadacha, wpadł do niego po drodze na Czechosłowację. Nie chciał oczywiście powiedzieć, dokąd jadą, ale w końcu wódka osłabiła jego rewolucyjną czujność i w głębokiej tajemnicy zdradził, że czołgi idą na pomoc czeskim komunistom. Michał postanowił powstrzymać inwazję, czyli postawił wódkę i pili trzy dni. Na czwarty dzień w Uniejowicach zjawiło się NKWD czy inne służby i okazało się, że jednego czołgu brakuje. Tyle opowieść Michała Sabadacha, co do której nie mam już dziś pewności, czy taką ją usłyszałem, czy wymyśliłem
Zaginięcie czołgu potwierdziło się? - Na tę historię nakładają się opowieści spod Złotoryi, że był w 1968 roku czołg, którego załoga zdezerterowała i utopiła czołg w jeziorze, albo że czołgiści zwariowali i pojechali walczyć z Niemcami, a ponieważ najbliżsi byli w NRD, więc pojechali do NRD. W książce pułkownika Leszka Pagórka o inwazji na Czechosłowacją jest napisane, że jedna maszyna rzeczywiście zaginęła. Dalej zaczęła działać wyobraźnia scenarzystów: Roberta Urbańskiego i Jacka Kondrackiego. Dopowiedzieliśmy dalszy ciąg tej historii, pokazując, co by było, gdyby ten zaginiony czołg pomylił trasę, zepsuł się i wjechał na przykład w przydrożną gospodę.
Ma pan wyrzuty sumienia, że Polska wzięła w 1968 roku udział w inwazji na Czechosłowację? - Nie mam powodu, miałem wtedy cztery lata Ale w latach 90. jeździłem często z teatrem do Usti nad Łabą, to były tereny, przez które szły w 1968 roku polskie czołgi. Pamiętam gospody, w których na dźwięk polskiego języka robiło się nagle kwaśno. Milkli ludzie, którzy mogli tamte lata pamiętać. To wtedy po raz pierwszy pojawił się pomysł, żeby opowiedzieć tę historię tak "ku porozumieniu". Nie po to, żeby bić się w piersi, ale wykonać wobec Czechów gest.
Akt ekspiacji? - Są w naszej historii momenty nie tylko chwalebne, a myślę, że akurat atak na Czechosłowację jest jednym z najbardziej wstydliwych. Szczególnie, że część kadry oficerskiej, która brała udział w tej inwazji, jest z tego cały czas dumna. Podczas przygotowań do filmu miałem rozmowy, podczas których włosy na głowie stawały mi dęba. Słuchałem, że z punktu widzenia wojskowego była to operacja wybitna. Ale jaka właściwie miała być, skoro nikt się nie bronił?
Oszalałe teutońskie hordy wyciągnęły szpony po bratnią Czechosłowację! A biedny lud czechosłowacki skamlał z bólu i wołał ratunku! - tak oficerowie LWP w pana filmie przedstawiają zwykłym żołnierzom powody najazdu. - O tym, jak bardzo jest to historia wstydliwa, świadczy, że jest w Polsce nadal zamiatana pod dywan. 40. rocznica interwencji przeszła u nas bez większego echa. Nie przypominam sobie też, żebyśmy kiedykolwiek Czechów za sierpień '68 przeprosili, tak jak przepraszaliśmy na przykład za akcję "Wisła".
Generał Jaruzelski, który brał udział w tej operacji, przeprosił. - On mógł przepraszać najwyżej w swoim imieniu. Przeprosiny w imieniu narodu powinny nastąpić ze strony parlamentu albo rządu.
- Nie sądzi pan, że najpierw film o interwencji w 1968 roku powinni zrobić Czesi? - Przez 18 lat, kiedy już było można, nie zrobili. Ani oni, ani my, ani Rosjanie. Więc pomyślałem, że może robiąc ten film, uda nam się do Czechów uśmiechnąć. Do nich i do historii.
Nie chciał pan rozdrapywać ran? - Nie. Choć pewnie część osób się w Polsce oburzy, bo w naszym kraju nie ma zwyczaju mówienia o historii w sposób zabawny, ironiczny. W Polsce z poważnych spraw nie robi się jaj.