Na pierwszy rzut oka Łaziska nie różnią się od 42 tysięcy innych polskich wsi. Przy skrzyżowaniu stoi sklep spożywczy, w którym kupić można coś do chleba i papierosy jednej z pięciu dostępnych marek. Naprzeciwko sklepu droga jest nieco poszerzona, aby mógł tu zawrócić autobus, który czasami przyjeżdża z pobliskiego Bolesławca. Kilkadziesiąt metrów dalej stoi biała kaplica, w której ksiądz zjawia się w każdą niedzielę.
Psy szczekają na przyjezdnych tak, jak miały w zwyczaju czynić zawsze, a rolnicy uprawiają zboże na otaczających wieś polach tak, jak robili to ich ojcowie albo
Niemcy zamieszkujący Łaziska przed wojną i nazywający je Looswitz.
560 mieszkańców wsi ma do centrum Bolesławca 4 kilometry, do Wrocławia - aż 116, znacznie dalej niż do niemieckiej granicy oddalonej o ledwie 50 kilometrów.
Ruina z potencjałem Pięć lat temu w Łaziskach wystawiono na sprzedaż budynek gospodarczy z 1779 roku - zupełną ruinę, dla której jedynym przeznaczeniem wydawała się rozbiórka i budowa na jej miejscu czegoś nowego.
Przez wieś przejeżdżała akurat Barbara Ałaszewska, Polka od urodzenia mieszkająca w Londynie.
- Przyjechałam tu ze znajomym antykwariuszem i chodziliśmy po budynku z latarką - mówi łamaną polszczyzną. - Od razu zakochałam się w tym miejscu i bardzo szybko je kupiłam. Dopiero potem zastanowiłam się, że nie ma tu ani prądu, ani wody, a mój mąż prosił, żebym kupiła dom, do którego można się wprowadzić od razu i w którym można zająć się agroturystyką.
Gdy John Ałaszewski zobaczył, co kupiła żona, złapał się za głowę: - To wyglądało okropnie. Żeby zobaczyć w tym miejscu potencjał, trzeba było sporo wyobraźni. Przede wszystkim próbowałem wyobrazić sobie, ile trzeba będzie w to włożyć pieniędzy.
Córka piłkarskiej gwiazdy W Londynie John pracował w firmie organizującej konferencje. Ciągle w drodze, po całej Wielkiej Brytanii, czasem po Europie, do domu wracał nocą, nie mając czasu dla siebie czy rodziny. Mimo że jest rodowitym Anglikiem - polskie nazwisko przejął po żonie - Londynu miał już dosyć. Miasto z roku na rok stawało się coraz bardziej zatłoczone, wokół sami obcy ludzie - nie o tym marzył na stare lata.
Barbara urodziła się w Londynie. Jej rodzice wyemigrowali z Polski dwa dni przed wybuchem drugiej wojny światowej. Ojciec, Mieczysław Ałaszewski, był znanym piłkarzem, grał w ŁKS-ie i Polonii Warszawa. Do dzisiaj nikt nie strzelił w ekstraklasie tylu bramek dla Polonii co on. W Anglii Barbara sprzedawała antyki.
To dzięki swojej pracy będącej jednocześnie jej pasją dziewiętnaście lat temu trafiła na słynną ceramikę z Bolesławca.
- Znalazłam ją w Cepelii we Wrocławiu i kupiłam tyle, ile mogłam - wspomina. - To kamionka bardzo dobrej jakości, a w Anglii jest tylko jedna firma, która produkuje coś podobnego; jej wyroby są bardzo drogie. Zaczęłam więc kontenerami sprowadzać do Anglii ceramikę z Bolesławca. Kupowały ją ode mnie największe galerie.
Dzięki ceramice Barbara poznała Bolesławiec i wielu jego mieszkańców. W ten sposób trafiła na opuszczony budynek w Łaziskach, w którym przed wojną niemiecka rodzina Seidel trzymała zwierzęta, sprzęt gospodarczy i maszyny tkackie.
- Wszyscy marzą, żeby na emeryturę uciec z Londynu - opowiada. - Południowa
Francja jest pełna Anglików, którzy wyjeżdżają tam na stare lata i prowadzą jakieś małe biznesy. Mnie zawsze ciągnęło do Polski. Pierwszy raz przyjechałam tu w latach 60. i od tamtego czasu, w przeciwieństwie do mojego brata i siostry, często tu wracałam.
Buraki i bimber Kiedy Ałaszewscy rozpoczęli remont zrujnowanego budynku, sąsiedzi z Łazisk pukali się w czoło. Mówili, że dużo prościej i taniej byłoby wybudować nowy hotel. Ale Barbara nie znosi nowych hoteli. Jako miłośniczka antyków uważa, że nie mają charakteru ani klimatu, który można odnaleźć w starych budynkach.
Po żmudnych pracach, w czasie których przydarzył się m.in. pożar, który strawił większą część poddasza, dwustuletnia obora zmieniła się w elegancki hotel. Wystrojem wnętrza zajmował się syn Ałaszewskich - Jim, który w Londynie pracuje jako projektant.
To on wymyślił również przedziwną nazwę hotelu - "Blue Beetroot" (ang. niebieski burak).
Dlaczego burak? Jim zapytany kiedyś o to, z czym mu się kojarzy Polska, po chwili zastanowienia stwierdził, że z barszczem. Polskie buraki oczywiście są czerwone, ale kolor niebieski wydawał się bardzie intrygujący z marketingowego punktu widzenia. Poza tym tego typu nazwa kojarzy się z nazwami brytyjskich pubów, a Ałaszewscy od począku liczyli na turystów z Wysp.