http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Burak polskim ambasadorem

Łukasz Stec
2009-08-14, ostatnia aktualizacja 2009-08-14 11:46

Który hotel cieszy się najlepszą opinią wśród zagranicznych turystów? Marriott w Warszawie? Grand Hotel w Sopocie? Nie - obcokrajowcy najbardziej cenią sobie pobyt w dwustuletniej oborze na Dolnym Śląsku, przebudowanej przez parę emerytów z Londynu

Łaziska. Ekipa Hotelu Blue Beetroot
LAZISKA EKIPA HOTELU BLUE BEETROOT NZ OD LEWEJ BARBARA I JOHN ALASZEWSCY , SZEFOWA KUCHNI JULITA STACHNIO , MENADZER JAROSLAW FINK I KELNERKA MAGDALENA KUCZYNSKA FOT. LUKASZ STEC
Łaziska. Ekipa Hotelu Blue Beetroot

www.bluebeetroot.com
www.bluebeetroot.com
www.bluebeetroot.com
Na pierwszy rzut oka Łaziska nie różnią się od 42 tysięcy innych polskich wsi. Przy skrzyżowaniu stoi sklep spożywczy, w którym kupić można coś do chleba i papierosy jednej z pięciu dostępnych marek. Naprzeciwko sklepu droga jest nieco poszerzona, aby mógł tu zawrócić autobus, który czasami przyjeżdża z pobliskiego Bolesławca. Kilkadziesiąt metrów dalej stoi biała kaplica, w której ksiądz zjawia się w każdą niedzielę.

Psy szczekają na przyjezdnych tak, jak miały w zwyczaju czynić zawsze, a rolnicy uprawiają zboże na otaczających wieś polach tak, jak robili to ich ojcowie albo Niemcy zamieszkujący Łaziska przed wojną i nazywający je Looswitz.

560 mieszkańców wsi ma do centrum Bolesławca 4 kilometry, do Wrocławia - aż 116, znacznie dalej niż do niemieckiej granicy oddalonej o ledwie 50 kilometrów.

Ruina z potencjałem

Pięć lat temu w Łaziskach wystawiono na sprzedaż budynek gospodarczy z 1779 roku - zupełną ruinę, dla której jedynym przeznaczeniem wydawała się rozbiórka i budowa na jej miejscu czegoś nowego.

Przez wieś przejeżdżała akurat Barbara Ałaszewska, Polka od urodzenia mieszkająca w Londynie.

- Przyjechałam tu ze znajomym antykwariuszem i chodziliśmy po budynku z latarką - mówi łamaną polszczyzną. - Od razu zakochałam się w tym miejscu i bardzo szybko je kupiłam. Dopiero potem zastanowiłam się, że nie ma tu ani prądu, ani wody, a mój mąż prosił, żebym kupiła dom, do którego można się wprowadzić od razu i w którym można zająć się agroturystyką.

Gdy John Ałaszewski zobaczył, co kupiła żona, złapał się za głowę: - To wyglądało okropnie. Żeby zobaczyć w tym miejscu potencjał, trzeba było sporo wyobraźni. Przede wszystkim próbowałem wyobrazić sobie, ile trzeba będzie w to włożyć pieniędzy.

Córka piłkarskiej gwiazdy

W Londynie John pracował w firmie organizującej konferencje. Ciągle w drodze, po całej Wielkiej Brytanii, czasem po Europie, do domu wracał nocą, nie mając czasu dla siebie czy rodziny. Mimo że jest rodowitym Anglikiem - polskie nazwisko przejął po żonie - Londynu miał już dosyć. Miasto z roku na rok stawało się coraz bardziej zatłoczone, wokół sami obcy ludzie - nie o tym marzył na stare lata.

Barbara urodziła się w Londynie. Jej rodzice wyemigrowali z Polski dwa dni przed wybuchem drugiej wojny światowej. Ojciec, Mieczysław Ałaszewski, był znanym piłkarzem, grał w ŁKS-ie i Polonii Warszawa. Do dzisiaj nikt nie strzelił w ekstraklasie tylu bramek dla Polonii co on. W Anglii Barbara sprzedawała antyki.

To dzięki swojej pracy będącej jednocześnie jej pasją dziewiętnaście lat temu trafiła na słynną ceramikę z Bolesławca.

- Znalazłam ją w Cepelii we Wrocławiu i kupiłam tyle, ile mogłam - wspomina. - To kamionka bardzo dobrej jakości, a w Anglii jest tylko jedna firma, która produkuje coś podobnego; jej wyroby są bardzo drogie. Zaczęłam więc kontenerami sprowadzać do Anglii ceramikę z Bolesławca. Kupowały ją ode mnie największe galerie.

Dzięki ceramice Barbara poznała Bolesławiec i wielu jego mieszkańców. W ten sposób trafiła na opuszczony budynek w Łaziskach, w którym przed wojną niemiecka rodzina Seidel trzymała zwierzęta, sprzęt gospodarczy i maszyny tkackie.

- Wszyscy marzą, żeby na emeryturę uciec z Londynu - opowiada. - Południowa Francja jest pełna Anglików, którzy wyjeżdżają tam na stare lata i prowadzą jakieś małe biznesy. Mnie zawsze ciągnęło do Polski. Pierwszy raz przyjechałam tu w latach 60. i od tamtego czasu, w przeciwieństwie do mojego brata i siostry, często tu wracałam.

Buraki i bimber

Kiedy Ałaszewscy rozpoczęli remont zrujnowanego budynku, sąsiedzi z Łazisk pukali się w czoło. Mówili, że dużo prościej i taniej byłoby wybudować nowy hotel. Ale Barbara nie znosi nowych hoteli. Jako miłośniczka antyków uważa, że nie mają charakteru ani klimatu, który można odnaleźć w starych budynkach.

Po żmudnych pracach, w czasie których przydarzył się m.in. pożar, który strawił większą część poddasza, dwustuletnia obora zmieniła się w elegancki hotel. Wystrojem wnętrza zajmował się syn Ałaszewskich - Jim, który w Londynie pracuje jako projektant.

To on wymyślił również przedziwną nazwę hotelu - "Blue Beetroot" (ang. niebieski burak).

Dlaczego burak? Jim zapytany kiedyś o to, z czym mu się kojarzy Polska, po chwili zastanowienia stwierdził, że z barszczem. Polskie buraki oczywiście są czerwone, ale kolor niebieski wydawał się bardzie intrygujący z marketingowego punktu widzenia. Poza tym tego typu nazwa kojarzy się z nazwami brytyjskich pubów, a Ałaszewscy od począku liczyli na turystów z Wysp.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    47 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':