http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mamy dwa lata na pokonanie afgańskich talibów

Wojciech Jagielski
2009-08-13, ostatnia aktualizacja 2009-08-12 21:22

- Czekają nas jeszcze dwa lata ciężkich walk i wielu zabitych żołnierzy. Potem - zwycięzcy albo pokonani - będziemy musieli wynosić się z Afganistanu - twierdzi australijski generał David Kilcullen, ekspert od wojny partyzanckiej

Kolejny polski żołnierz zginął w Afganistanie. Czterech zostało rannych
Fot. Damian Kramski / AG
Kolejny polski żołnierz zginął w Afganistanie. Czterech zostało rannych
SERWISY
Nawet zachodni dyplomaci w Kabulu od jakiegoś czasu powtarzają w prywatnych rozmowach, że Amerykanie dają sobie dwa-trzy lata na zwycięstwo. Jeśli prezydent Barack Obama chce zostać na drugą kadencję, przed końcem pierwszej wojna w Afganistanie musi zostać wygrana lub zakończona. Obama chce stawać w wyborcze szranki jako zwycięzca lub przynajmniej ten, który sprowadził amerykańskich chłopców do domu.

Według Kilcullena dwa-trzy lata to czas, kiedy wyczerpie się także cierpliwość Afgańczyków, znoszących dotąd w nadziei na pokój i dostatek okupację swojego kraju przez obce wojska. Aby nie stracić życzliwości Afgańczyków, zachodnie wojska muszą jednak odnieść przekonujące zwycięstwo nad talibami, a przede wszystkim stworzyć sprawny i uczciwy rząd w Kabulu, a także potężną rządową armię, której można będzie przekazać odpowiedzialność za dalsze losy kraju. - Przez dwa lata będziemy toczyć ciężkie walki i poniesiemy wiele ofiar, a potem, zwycięzcy czy pokonani, oddamy Afganistan Afgańczykom - powiedział niedawno Kilcullen podczas konferencji naukowej w Waszyngtonie.

Podobnie jak niemal wszyscy zachodni generałowie Kilcullen lamentuje, że Zachód ma za mało żołnierzy w Afganistanie, by skutecznie prowadzić wojnę z talibami i ją wygrać. - Talibowie nie wygrali z nami żadnej bitwy i nawet nie próbują z nami walczyć - mówi Kilcullen. - Ich strategia polega na tym, by nas po prostu przeczekać, wykrwawić, wymęczyć, zmusić do odwrotu. W Afganistanie z nami nie wygrają, ale mogą nas pokonać w Waszyngtonie, Londynie czy Ottawie, sprawiając, że tamtejsze rządy pod presją swoich obywateli niechętnych wojnie postanowią wycofać wojska.

Australijski generał twierdzi też, że aby pokonać Zachód, nie tocząc z nim bitew, talibowie będą się starali skompromitować w oczach Afgańczyków ustanowiony przez Zachód rząd z Kabulu. Zbyt mała liczba zachodnich wojsk sprawia, że talibowie swobodnie wędrują po wsiach, ustanawiają tam własnych starostów, sędziów, poborców podatkowych. Są jedyną władzą, w dodatku akceptowaną przez chłopów rozczarowanych skorumpowanymi urzędnikami, sędziami i policjantami przysyłanymi z Kabulu. Podczas konferencji w Waszyngtonie Kilcullen przytoczył przykład pewnej wioski na afgańskim południu, w której komendant talibów, aby zjednać sobie wieśniaków, wyłożył w swoim biurze książkę skarg i zażaleń.

Pakistański dziennikarz Rahimullah Jusufzaj, znawca talibów, opowiada, że w prowincji Ghazni, za którą odpowiadają polskie wojska, partyzanci królują po wsiach, a ich władza nie sięga tylko pilnie strzeżonej stolicy prowincji. Według Rahimullaha Jusufzaja na początku sierpnia, by sprawdzić, czy chłopi posłuchają ich rozkazów, w rozlepionych nocami na murach domów i meczetów odezwach talibowie rozkazali sklepikarzom z bazaru w powiecie Andar, by pozamykali swoje stragany aż do czasu wyborów prezydenckich wyznaczonych na 20 sierpnia. Według Rahimullaha pół tysiąca sklepikarzy karnie zwinęło kramy. - Boją się talibów, którzy są realną władzą, a nie rządu, którego władza tam nie sięga - uważa dziennikarz z Peszawaru.

Rozpoczęte na początku lipca wielkie amerykańsko-brytyjskie natarcie w południowej prowincji Helmand, które miało przetrącić kręgosłup partyzanckiej armii, sprawiło, że pierzchając przed zachodnim wojskiem, talibowie przeprawili się przez góry do sąsiednich prowincji, przenosząc tam wojnę i im zagrażając. Niebezpieczniej zrobiło się w zachodniej prowincji Farah i w Ghazni, ale Kanadyjczycy z Kandaharu alarmują, że partyzanci zbierają się do ataku na swoją dawną stolicę. Do coraz częstszych ataków talibów dochodzi też w północnej prowincji Kunduz, jedynej na północy, gdzie mieszka wielu Pasztunów, rodaków talibów. Ujawniona niedawno przez dziennikarzy Reutersa mapa sporządzona przez kabulskie władze świadczy, że w ósmym roku wojny talibowie panują lub zagrażają 149 spośród 356 powiatów kraju.

- Wygramy, talibowie nas nie pokonają, ale czeka nas jeszcze wiele złych dni - zapewnił we wtorek w amerykańskim radiu generał Stanley McChrystal, dowódca zachodnich wojsk w Afganistanie, który dzień wcześniej w wywiadzie dla "Wall Street Journal" przyznał, że talibowie biorą w wojnie górę.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 19 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':