Liczący niemal 4 tys. ton wyporności "Arctic Sea" jest własnością łotewskiej firmy. Pływał pod maltańską banderą, z rosyjską załogą. W lipcu został załadowany drewnem wartości 2 mln dolarów w fińskim porcie Pietarsaari. Po raz ostatni widział go 29 lipca na Atlantyku portugalski patrol, ostatni meldunek zaś odebrała zeń brytyjska Agencja Morska i Ochrony Wybrzeża (MCA) 28 lipca o 2.52 po południu, gdy przepływał Cieśninę Kaletańską niedaleko Dover. Rozmówca z "Arctic Sea" powiedział, że 3 sierpnia wieczorem zawiną do leżącego w północnej Algierii portu Béjaia.
Kilka godzin później MCA odebrała informację, że jednostka mogła być porwana 24 lipca na Bałtyku w okolicach szwedzkiej wyspy Öland. Na początku sierpnia tę wersję wydarzeń potwierdził Interpol.
- Odbierając meldunek, myśleliśmy, że rozmawiamy z członkiem załogi, ale oczywiście mógł być to ktoś, komu przystawiono broń do skroni - mówi Mark Clark z MCA. - Żaden z nas nie pamięta czegoś takiego jak przeprowadzenie porwanego statku przez kanał La Manche. To bardzo dziwna sprawa.
Według wcześniejszej wersji znanej z relacji załogi, która kontaktowała się z rosyjską ambasadą w Sztokholmie, 24 lipca rano pod "Artic Sea" podpłynęła szybka łódź pontonowa. Na pokład weszła grupa zamaskowanych ludzi; mówili po angielsku i podali się za szwedzką policję poszukującą narkotyków. - Napastnicy byli świetnie uzbrojeni i wyszkoleni, znali dość dobrze wyposażenie techniczne statku - opowiada "Timesowi" dziennikarka Natalia Graczewa, której udało się wtedy skontaktować z załogą. - Mieli związać wszystkich na kilkanaście godzin i opuścić statek po dokładnym przeszukaniu luków.
Rosyjska ambasada natychmiast zaalarmowała szwedzkie władze. Wówczas okazało się, że szwedzka
policja wcale nie przeszukiwała żadnego statku - wszczęła więc śledztwo w sprawie napaści nań.
Nie wiadomo, dlaczego Szwedzi nie zaalarmowali brytyjskiej agencji MCA. I dlaczego o porwaniu zaczęło być głośno dopiero w tydzień później. Wszyscy zastanawiają się też, dlaczego rzekomi piraci nie zgłosili się do dziś po okup.
- Historia jest coraz bardziej tajemnicza - mówi Michaił Wojtenko, wydawca "Rosyjskiego Biuletynu Morskiego". - Jeśli statek nie został ukryty w Europie, musi pozostawać gdzieś w promieniu 3-3,5 tys. mil.
Zdaniem ekspertów raczej na pewno nie zatonął, bo wówczas na Atlantyku pływałoby dużo desek, które zauważyłyby patrole lotnicze. Wojtenko podejrzewa, że "Arctic Sea" został wykorzystany do przewiezienia podejrzanego ładunku lub do przemytu (drewno nie jest ładunkiem atrakcyjnym dla piratów).
Podobne wypadki przejmowania jednostek i fałszowania dokumentów przewozowych zdarzały się już w przeszłości. Jedna z wersji brytyjskich mediów głosi, że "Arctic Sea" został przekształcony w taki właśnie "statek widmo" i wiezie nielegalny ładunek rosyjskiej broni dla afrykańskich watażków. Według innej mogła go porwać sama załoga na znak protestu po konflikcie z armatorem. Rodziny marynarzy twierdzą, że od kilkunastu dni nie miały z nimi kontaktu. Do międzynarodowych poszukiwań przyłączyła się niedawno rosyjska flota.
Według telewizji SKY NEWS powołującej się na maltańskie źródła statek - prawdopodobnie porwany przez piratów - znajduje się gdzieś na Atlantyku, bo nie przekroczył dotąd Cieśniny Gibraltarskiej.