http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wątpliwości po akcji w Afganistanie

Marcin Górka
2009-08-13, ostatnia aktualizacja 2009-08-12 20:27

Trzy dni po krwawej zasadzce na naszych żołnierzy armia odsłania kolejne kulisy akcji, w której zginął polski oficer

Od lewej: gen. Bronisław Kwiatkowski, gen. Franciszek Gągor, minister obrony Bogdan Klich, wiceminister
Stanisław Jerzy Komorowski i rzecznik MON Robert Rochowicz wczoraj na konferencji
Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta
Od lewej: gen. Bronisław Kwiatkowski, gen. Franciszek Gągor, minister obrony...
W zasadzce talibów na afgańsko-polski patrol zginął kpt Daniel Ambroziński, a czterech innych żołnierzy zostało rannych. Szef MON Bogdan Klich ujawnił, że w raporcie dla premiera przedstawił cztery wątpliwości dotyczące akcji. Chodzi o:

•  wykorzystanie danych z analiz wywiadowczych. Czy nasi żołnierze mogli wiedzieć, że czeka na nich w zasadzce być może nawet setka talibów?

•  funkcjonowanie tzw. naprowadzania lotnictwa. Wezwane przez polskiego dowódcę samoloty Amerykanów nie były skuteczne. Myśliwce F-15 i F-16, które przyleciały już po 50 minutach, nie były w stanie zbombardować pozycji talibów.

Piloci, jak wynika z informacji dowództwa operacyjnego polskiej armii, zrzucili tylko bombę w pobliżu miejsca akcji, bo nie mieli pewności, czy nie zbombardują Polaków lub afgańskich żołnierzy. - W tych warunkach mogły wykonać tylko taki pokaz siły - przyznał szef dowództwa gen. Bronisław Kwiatkowski.

•  czas przybycia wsparcia, czyli tzw. sił szybkiego reagowania: amerykańskich i polskich. Bo nasi żołnierze musieli na nie czekać dwie godziny.

Sprawę próbuje wyjaśniać gen. Kwiatkowski: - Nasze śmigłowce osłaniały w tym czasie szurę, czyli naradę władz prowincji poświęconą zbliżającym się wyborom. Zostały zawrócone do bazy, ale tam trzeba było wymienić załogi, dać zadania, zatankować maszyny.

Nie spieszyli się też Amerykanie. Choć wojsko podkreśla, że przysłali w rejon walki duże siły: samoloty, śmigłowce Apache i Blackhawk. Nad miejscem walki krążył bezzałogowy samolot szpiegowski Predator. - Śmigłowce przyleciały z Kandaharu, potrzebowały czasu. Ale wydaje się, że wsparcie było nie takie, jakiego byśmy oczekiwali - przyznaje Kwiatkowski.

Kluczem do odpowiedzi na te kwestie jest stan polskich śmigłowców. Śmigłowce bojowe Mi-24 jako "paliwożerne" nie doleciałyby nawet na miejsce akcji - bo nie mogą lądować w najbliższej bazie Warrior. Jest ich pięć, bo jeden Polacy stracili 31 lipca. Dlatego okrążone wojsko nie mogło na nie liczyć. Dwie sprawne maszyny transportujące żołnierzy Mi-17 (z czterech, jakie mamy w Afganistanie) osłaniały natomiast akurat szurę.

- Nasi żołnierze dostaną już niedługo kolejne śmigłowce - zapewniał wczoraj Klich.

Gen. Kwiatkowski odpowiedział na jedno z najważniejszych pytań: dlaczego polscy żołnierze nie zabrali od razu z pola bitwy zabitego kapitana. Talibowie odciągnęli potem jego ciało i przez kilkanaście godzin był uznawany za zaginionego. Okazuje się, że nasi żołnierze dostali się pod tak ciężki ogień, że byli w stanie ewakuować tylko trzech rannych do tego czasu żołnierzy (później ranny został jeszcze czwarty Polak).

- Ciało oficera odciągnęli w zagłębienie, by nie mogło być celem dla przeciwnika - mówił gen. Kwiatkowski. - Kiedy wróciło po nie później pięciu naszych żołnierzy, było podmienione na inne, pułapkę, bo obok znajdowały się zawleczki odbezpieczonych granatów.

Jak wyglądały poszukiwania? Klich podkreśla, że to świetna praca polskich służb wywiadowczych. - Od południa w poniedziałek do drugiej w nocy we wtorek udało się im precyzyjnie namierzyć miejsce, w którym znajdowało się ciało oficera.

Zwłoki znaleźli komandosi amerykańscy i afgańscy. - Nasze siły specjalne były zaangażowane w inną operację - wyjaśnił gen. Kwiatkowski. - Decyzją dowództwa skierowano tam więc specjalne oddziały naszych sojuszników.

Sprawą zajmuje się prokuratura wojskowa i departament kontroli MON. - Po zakończeniu ich prac odpowiedzialność karną ustali prokuratura, a służbową - ja - powiedział Klich. Zapowiedział, że ujawni ich ustalenia.

Minister przyznał też, że armia nie wyklucza zdrady: - Wśród afgańskich policjantów lub żołnierzy są tacy, którzy występują w dwóch kapeluszach - powiedział.

Klich i gen. Kwiatkowski podkreślali, iż okrążeni żołnierze zachowali się wzorowo. Szef MON zapowiedział pośmiertny awans dla kpt. Ambrozińskiego, a także odznaczenia dla niego i czterech rannych w akcji polskich żołnierzy. Jeden z nich, choć ranny, do końca walczył z nieprzyjacielem.

Szef MON powiedział, że w ciągu ostatnich tygodni sytuacja bezpieczeństwa w "polskiej" prowincji Ghazni się pogorszyła. Jego zdaniem taki stan będzie się jeszcze utrzymywał do września.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':