http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Śmieciowe wiadomości

Wojciech Orliński
2009-08-10, ostatnia aktualizacja 2009-08-11 18:06

Jako pesymista nie wierzę, żeby cokolwiek mogło nas uratować przed zalewem dziennikarstwa śmieciowego.

Wojciech Orliński
Wojciech Orliński
ZOBACZ TAKŻE
W internecie pokazali, a uczeni podchwycili, że jednemu psu gdzieś w Azji można przyszyć łeb od świni. W blogosferze czterej znawcy od nawozów i od świata orzekają, co się zdarzy w strefie euro za trzy lata.

Piosenka Jacka Kleyffa 30 lat temu traktowała o telewizji, ale nieźle pasuje do dzisiejszego internetowego dziennikarstwa. Łatwo sobie wyobrazić newsa o psie gdzieś w Azji na otwarciu popularnego portalu.

Czytam papierową "Gazetę" i zaglądam do portalu Gazeta.pl. Zawsze bawi mnie kontrast między tym, co za godne pierwszej strony uważają redaktorzy portalu i redaktorzy papieru.

Gdy jakiś samozwańczy ekspert zaapeluje, żeby rząd zamiast autostrad budował obwodnice, to w papierowej gazecie ląduje na stronie numer 32, ale portal to od razu wyciągnie na wierzch, bo w portalach nie ma związku między klikalnością a merytoryczną wartością tekstu.

W portalach ważniejsze jest to, żeby mieć to samo, co mają inne portale - w ten sposób wyssana z palca wiadomość typu "W Szkocji zabronili mówić tata i mama" zyskuje pozory wiarygodności, bo tak podali "wszyscy". A "wszyscy" to podali oczywiście dlatego, że redaktorzy portali czytają się nawzajem.

W anglojęzycznym internecie portalowe ciekawostki nazywa się "dziennikarstwem śmieciowym" ("junk journalism") i nieprzypadkowo jego najczęstszą postacią jest "śmieciowa nauka" ("junk science"). Wiadomość typu "telefony komórkowe leczą nadciśnienie!" pozornie ma cechy szlachetnego informowania o poważnych sprawach, ale dopóki się nie dowiemy, jaka była metodologia badań i co konkretnie ustalono, ma taką samą wartość merytoryczną jak wiadomość, że Doda oświadczyła na konferencji, że jej Radzio taniej im te autostrady pobuduje.

Żeby sprawdzić merytoryczną wartość takiego śmieciowego newsa, trzeba najpierw samemu wykazać się odrobiną wysiłku - dotrzeć do materiałów źródłowych, porównać je z istniejącym stanem wiedzy, pogadać z kimś, kto się zna. Nawet dziennikarz mediów tradycyjnych nie zawsze ma na to czas, a dziennikarz portalowy czasu na to zwyczajnie mieć nie ma prawa.

Na klikalność wpływ mieć będzie przecież to, jak szybko wrzuci wiadomość, a nie to, jak starannie ją opracuje. Szybciej też zajmie się wiadomością, którą w dowolnie naciągany sposób da się zamienić na link zawierający atrakcyjne słowa kluczowe.

Gdybym był portalowym redaktorem, ten tekst opatrzyłbym tytułem "Telefony komórkowe leczą nadciśnienie!" albo jeszcze lepiej "iPhone leczy nadciśnienie!", albo już najlepiej "Czy iPhone wyleczy nadciśnienie u Kuby Wojewódzkiego?".

Jako urodzony pesymista nie wierzę, żeby cokolwiek mogło nas uratować przed zalewem dziennikarstwa śmieciowego. Nie ma co liczyć na dziennikarstwo tradycyjne - śmieciowy news o zakazie mówienia "tata i mama" w końcu przecież się przebił do papieru, uświęcony natchnionym komentarzem z cyklu Jakie To Straszne Rzeczy Się Dzieją W Tej Zdeprawowanej Europie pióra samego redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej". To raczej gazety się będą upodabniać do portali, a nie odwrotnie.

Jedynym okruchem nadziei jest to, że internet, który przyczynił się do popularności śmieciowych newsów, podsuwa też skromne narzędzie przeciwdziałania, jakim są różne blogi i serwisy demaskujące "junk journalism" czy przynajmniej "junk science".

W internecie anglojęzycznym króluje znakomity serwis Snopes.com. Wszyscy słyszeliście wiadomość o tym, jak jedna bezrobotna w Niemczech straciła prawo do zasiłku, bo nie chciała przyjąć pracy w agencji towarzyskiej, prawda? To też było we wszystkich portalach i niestety także w niektórych mediach tradycyjnych. Snopes.com to bezcenny sposób na sprawdzenie, ile prawdy jest w takich śmieciowych newsach (w tym wypadku: zero koma zero).

W Polsce to działa nieco bardziej anemicznie - jest blog mlodyfizyk.blox.pl, ale jak sama nazwa wskazuje, skupia się wyłącznie na śmieciowych wiadomościach z zakresu nauk ścisłych. Za to przynajmniej co głupsze śmieciowe wiadomości zaczynają wchodzić do internetowego slangu.

Jeśli ktoś w internecie odpowie ci słowami: "A poza tym zabraniają mówić tata i mama", to najprawdopodobniej oznacza zawoalowaną złośliwość - w ten sposób ten ktoś sugeruje, że zanim się zaczniesz wymądrzać na jakiś temat, powinieneś sprawdzić sprawę u źródeł. Gdyby ten ktoś chciał się wyrażać mniej subtelnie, napisałby: "Coś ci się chyba, koleś, poportaliło".

Źródło: Duży Format
  • 12 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    52 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':